boks, forum, zobacz
Wróć   boks, forum, zobacz > BoxingForum > Newsy

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się tutaj    




Komentarz
 
Narzędzia wątku Wygląd

stare 20-05-19, 13:46   #1 (permalink)
Redaktor Boxing.pl
  
 
Zarejestrowany: Nov 2013
Postów: 18877
Nominowany 467 razy w 136 Tematach
Nominated Art. Miesiąca - Nagród: 38
Domyślnie Rok bez Adriana Golca na Boxing.pl - wspominamy


20 maja 2018 roku po raz ostatni na Boxing.pl zalogował się Adrian Golec. Kiedy przez kilka kolejnych dni był nieobecny, budziło to nasze wątpliwości, wszak Adrian długo bez Boxing.pl wytrzymać nie mógł i zawsze, na miarę możliwości, a często powyżej nich, brał udział w kształtowaniu tego serwisu. Wówczas nikt z nas nie przypuszczał, że nasz kolega już nigdy na tej stronie się nie pojawi.

Gdy dowiedzieliśmy się o śmierci Adriana (26 maja), byliśmy w szoku. Doskonale pamiętam nastrój, jaki zapanował wówczas wśród naszej społeczności. W temacie z informacją o śmierci zasłużonego redaktora wypowiedzieć chciał się każdy. Każdy miał swój punkt widzenia na boxingową działalność Adriana. Była to przecież postać bardzo wyrazista, obok której trudno było przejść obojętnie. Minął rok i każdy z nas zapewne czuje brak obecności Adriana. Tymczasem postanowiłem przypomnieć kilka tekstów naszego kolegi, którymi przez lata Adrian raczył nas wszystkich. Dla użytkowników znających twórczość Adriana jest to okazja, by sobie to wszystko przypomnieć. Dla nowych osób na naszym portalu jest to natomiast szansa na zapoznanie się z twórczością tego wielkiego miłośnika boksu.

_________

Wielkie nadzieje - Wielkie upadki (czerwiec 2011)

Będąc kibicem wielu dyscyplin sportowych; jednych tylko niedzielnym, innych - bardziej zaawansowanym; jak mało których - spośród wyczynowych sportowców, cenię sobie potencjał fizyczny sięgających najwyższych laurów zawodowych pięściarzy. Wynika to z kilku zasadniczych kwestii, często odróżniających mistrzów boksu od zdobywających najwyższe trofea w innych dziedzinach sportu. W zawodowym pięściarstwie, poza oczywiście jednostkowymi przypadkami, nie ma „ściemy”; trudno jest sięgnąć po mistrzowski tytuł w sposób przypadkowy, nie podlegając wcześniej zaawansowanej rotacji.

Owa selekcja zaczyna się już na samym początku; poza oczywistymi predyspozycjami mentalnymi, zaczynający karierę pięściarską zawodnicy uzbrojeni są w nieosiągalne dla przeciętnego człowieka połączenie wszystkich albo wielu naturalnych cech fizycznych – „super sportowcy”. To mieszanka naturalnej siły i wydolności, połączona z wrodzoną koordynacją i refleksem może dopiero decydować o ewentualnym wstępie do bokserskiej kariery. Prawdziwa rotacja zaczyna się w amatorce, gdzie już na tym etapie, mający zaledwie po kilkanaście lat zawodnicy zmuszeni są przekonywać do siebie sędziów, kibiców, następnie potencjalnych promotorów. Uniwersytet zaczyna się wraz z wejściem na drogę zawodowstwa.

Po drugie wartość sportowa pięściarzy wynika głównie ze statystyki mówiącej o milionach uprawiających ten - w Polsce mało jeszcze popularny sport. Stąd zatem między innymi wniosek o wyższości pięściarzy nad innymi wyczynowcami; wyższości boksu nad wieloma dyscyplinami choćby olimpijskimi jak przykładowy skok o tycze, rzut młotem, o chodzeniu na czas nawet nie wspominając, które uprawiane są przez rywalizującą latami ze sobą garstkę ludzi. Nie przypadkiem, jeszcze w latach 70-tych, mistrzostwo wagi ciężkiej uznawane było za największe osiągnięcie sportowe; nie przypadkiem również o wielu championach mówiło się w kategoriach najwybitniejszych sportowców.

Trudno jest to zbadać, choć spotkałem się z opiniami, jakoby zawodowy boks – obok hokeju – był jedną z najbardziej wyczerpujących fizycznie dyscyplin, na na ile ludzki organizm musi spełniać najwyższe fizyczne kryteria, aby bokser był w stanie sięgać po jakiekolwiek trofea. O jak wysokim ogólnym rozwoju swojej fizyczności musi to być sportowiec, niech najlepiej świadczy pojęcie „pięściarza kompletnego”, człowieka wytrenowanego uniwersalnie, gdzie wszystkie cechy muszą ze sobą współgrać, tworząc wybuchową mieszankę - nadal jednak nie stanowiącą o potencjale, czy tym bardziej przyszłych sukcesach…; porównując do piłkarzy.., bramkarz, obrońca, skrzydłowy, napastnik w jednym.

Jeżeli zatem rodzimy się z naturalnymi predyspozycjami fizycznymi, łączącymi w sobie często sprzeczne bądź po prostu występujące najczęściej osobno parametry, jak fizyczna siła połączona z kondycją, mamy szansę zaistnieć na treningach, wygrywać pierwsze pojedynki amatorskie, dostać się do kadry, zwyciężać na ringach międzynarodowych. Dokonując tego wszystkiego nie możemy nie mieć wyjątkowych predyspozycji psychicznych. One, na równym stopniu jak warunki fizyczne, dają nam możliwość zaistnienia w tym sporcie, a trzeba pamiętać, że obok typowego stresu, towarzyszącemu właściwie każdemu uprawiającemu indywidualny sport osobnikowi, w boksie jest coś dużo więcej, o czym może przekonać się każdy, stając w rękawicach z drugim face to face nawet dla zabawy. Wystarczy przypomnieć sobie, co część z nas czuła, wychodząc z kolegą z klasy czy dyskoteki na popularną kiedyś solówkę… Tego nie da się porównać do stresu, jaki przeżywają inni sportowcy, bowiem ciężko sobie wyobrazić przykładowego tenisistę ze strachem w oczach, przegrywającego mecz tuż przed wejściem na kort.

Urodziliśmy się wyjątkowi, od początku prześcigając rówieśników na boisku, bieżni; zapragnęliśmy uprawiać boks; dostaliśmy się do reprezentacji z mniejszymi bądź większymi późniejszymi sukcesami, nadszedł czas na zawodowstwo. Dopiero będąc na tym etapie, możemy myśleć o jakichkolwiek prawdziwych testach nie zapominając, że na nasze miejsce było jak dotąd już stokrotnie więcej, niż swego czasu na jedno miejsce do popularnej warszawskiej SGH. Tu nadal musimy zachować czujność, bowiem zanim dostaniemy jakąkolwiek prawdziwą szansę, musimy tym razem bez kasków pokonać następnych, zwykle kilkunastu rywali, którzy przecież tak jak my, przechodzili tę skrajną wcześniej selekcję. Tak jak już wspomniałem, przedstawiam tu model teoretyczny, od którego nie trudno w dzisiejszym, skomercjalizowanym boksie znaleźć wyłomy tym bardziej, że nie musimy daleko szukać przykładów.

Zaistniały wszystkie wcześniejsze przesłanki, możemy sprawdzić się z kimś naprawdę mocnym. Do tego momentu szliśmy przez ringi jak burza, siejąc postrach wśród rywali, nadal nie znając wyżyn, na jakie zmuszeni będziemy prawdopodobnie wspiąć się w przyszłości, walcząc na przykład o prestiżowy mistrzowski tytuł czy też o miano pretendenta. Do tego momentu zostaliśmy ochrzczeni wielką nadzieją, dużym prospektem.

Ostatnimi czasy możemy zauważyć jakby częstsze niż wcześniej upadki pierwotnie świetnie zapowiadających się pięściarzy. Oprę się tu na kilku zaledwie przykładach z ostatnich miesięcy. O ile mnie pamięć nie myli, minionymi niedawno czasy to porażka Daniela Jacobsa z Rosjaninem Dmitrim Pirogiem z lipca 2010 o tytuł WBO wagi średniej została nagłośniona tym bardziej, że młody Amerykanin miał status jednego z najlepszych spośród najlepiej zapowiadających się amerykańskich bokserów. Upadek Jacobsa był tym bardziej dla niego przykry, że trudno doszukiwać się w tej walce przypadkowości. Dopóki przez pierwsze dwie rundy, The Golden Child nie pozwalał Pirogowi na wiele walcząc na zaawansowanym wstecznym, o tyle od trzeciej odsłony rozgrzany Rosjanin zaczął swój koncert, kończąc pojedynek w piątej odsłonie efektownym nokautem.

Również pojedynek Ismayla Sillakh’a z Yordanisem Despaigne nie miał wyraźnego faworyta z uwagi na to, że spotkali się ze sobą mający dobrą prasę, niepokonani w zawodowstwie pięściarze. Podobnie jak w przykładzie powyższym, w tej walce również doszło do deklasacji, choć tym razem punktowej. To Ukrainiec triumfował nad Kubańczykiem, wygrywając z nim w marcu tego roku pewnie praktycznie wszystkie rundy. Despaigne będzie miał możliwość odbudowania się 29 lipca, stając naprzeciw walczącego od niedawna w wadze półciężkiej Edisonem Mirandą.

O Davidzie Lemieux mało kto mógł przeczytać bez „ochów” i „achów” co do jego świetlanej przyszłości. Reprezentujący Kanadę pięściarz wagi średniej w pełni zasłużył sobie na miano wielkiej nadziej, dopóki czoła nie stawił mu twardy Meksykanin, Marco Antonio Rubio. Typowy pressing, do jakiego przyzwyczajał nas Lemieux w praktyce nie dorównał temu, co pokazał Kelly Pavlik, przełamując wcześniej niezłego Rubio. Tym razem Meksykański pięściarz, w kwietniu tego roku przetrwał na ringu w Montrealu ataki faworyta, wygrywając przed czasem w siódmej odsłonie.

Kompletnym niewypałem okazał się powrót między liny po kilkunasto-miesięcznej przerwie spowodowanej pobytem w więzieniu Amerykanina Jamesa Kirklanda, który w trzecim pojedynku od czasu swojej drugiej inauguracji został pobity w kwietniu tego roku przez Japończyka Nobuhiro Ishidę. Rywal amerykańskiej nadziej rzucił, szukającego optymalnej dla siebie kategorii wagowej Kirklanda trzy razy na deski w pierwszej rundzie, zmuszając sędziego do przerwania tego nierównego boju. Mandingo Warrior nie ma jednak zamiaru długo czekać i już w najbliższy piątek spotka się w ringu w Texasie z Meksykaninem Saulem Duranem.

Los nie uśmiechnął się również do Australijczyka, Leonardo Zappavigna, który zdaniem między innymi cenionego eksperta, Larry’ego Merchanta miał w tym roku zdobyć mistrzowski tytuł. Miguel Vazguez okazał się bezlitosny dla przecenianego – jak się okazało australijskiego zawodnika, ogrywając go pewnie na punkty w marcu tego roku. Również Fernando Guerrero, w ostatnim swoim pojedynku zmuszony był uznać wyższość 40-letniego Grady Brewera, przegrywając z nim już w czwartej rundzie.

Wymieniłem jedynie te ostatnie, najbardziej spektakularne porażki młodych i uznanych już prospektów, roszczących sobie prawo do rywalizacji z najlepszymi w swoich kategoriach wagowych. W każdym z tych starć nie było przypadku. Pojedynków tych nie powinniśmy interpretować inaczej niż występy niesprawdzonych pięściarzy na miarę swoich możliwości; zawodników określanych mianem wielkiej nadziei zdecydowanie przedwcześnie. Choć z drugiej strony nadzieja do niczego nie zobowiązuje. Możemy oczywiście doszukiwać się słabszej dyspozycji jak w przypadku Kirklanda, ale biorąc pod uwagę skalę i formę porażki wymienionych pięściarzy, marne to usprawiedliwienie.

Byliśmy świadkami upadku rodzących się gwiazd, zanim te zdołały wytworzyć swoje naturalne światło. Trudno również o stawianie wyroków na przyszłość; w mojej prywatnej opinii nic wielkiego z większości z nich już nie będzie. Żadna to strata, mając w zanadrzu kolejnych, niesprawdzonych prospektów, do których można zaliczyć między innymi Erislandy Larę (junior średnia), Danny’ego Garcię (junior półśrednia), Mike’a Jonesa (półśrednia), Deontay Wildera (ciężka), Edwina Rodrigueza (super średnia), Frankie Gomeza (junior półśrednia) i wielu innych.

To pokazuje, jak trudno przebić się do ścisłej czołówki, uprawianego bądź dążącego do uprawiania przez miliony ludzi zawodowego boksu. Każdy z powyższych spełniał opisane wcześniej przesłanki; każdy z nich to "fizyczny cyborg" z psychiką "przydrożnego kamienia". Tylko co z tego, skoro na ich drodze stanęli podobni, a jak się w okazało - jeszcze lepsi. To wrodzone predyspozycje połączone z latami ćwiczeń i wyrzeczeń doprowadziły ich wysoko; nie dając równolegle gwarancji sukcesu. Dopiero po tak przeprowadzonej analizie, możemy docenić talent, potencjał takich pięściarzy jak Floyd Mayweather Jr. czy Manny Pacquiao, którzy na tle "super sportowców" wyglądają jak przybysze z innej planety.


Marquez "Nadalem" Pacmana (listopad 2011)

W dniu wczorajszym, zawodowy boks miał swoje wielkie święto. Na ringu w Las Vegas spotkało się dwóch wspaniałych pięściarzy, którzy stanowią już od dłuższego czasu o sile całego profesjonalnego pięściarstwa ostatnich lat. Biorąc pod uwagę ilość i jakość nazwisk zawodników, wywodzących się z różnych kategorii wagowych, jakie genialny Manny Pacquiao oraz jego odwieczny rywal, rewelacyjny Juan Manuel Marquez mają na swoim rozkładzie, trudno przejść obojętnie obok tak spektakularnych dokonań; trudno nie wyrazić swojego szacunku dla obu wybitnych wojowników, którzy w dniu wczorajszym wyszli między liny już po raz trzeci, by sprawdzić się ostatecznie, dając kibicom kolejne show.

„Każdy ma swojego Nadala”

Walki filipińskiego króla boksu z meksykańskim mistrzem trzech kategorii wagowych, do złudzenia przypominać mogą dwie inne batalie, toczone co prawda w różnych dyscyplinach, posiadające jednak podobny aspekt psychologiczny. Mam tu na początku na myśli tenisową rywalizację Rogera Federera i Rafaela Nadala. Pierwszy z nich, przez długi czas był niekwestionowanym numerem 1. na świecie i uważany za najlepszego tenisistę w historii. Z ogromną łatwością dominował nad całą ówczesną światową czołówką; seryjnie wygrywał wielkie szlemy. Wyjątek stanowiły mecze Federera z Nadalem; tenisistą, który posiadał patent na mistrza i zwyciężał z nim większość bezpośrednich starć. Górą był nawet tych spotkaniach, które w trakcie rozgrywki wydawały się już przegrane. Można byłoby rzec, że to sam Federer najczęściej znajdował sposób, jak przegrać z odwiecznym przeciwnikiem. Dodam tylko, że po każdej porażce Federer i tak uważany był za najlepszego tenisistę świata, bowiem eksperci rozumieli zasadę determinacji stylu ponad szeroko rozumiane umiejętności - "Styl robi walkę"

Drugi przykład pochodzi z szachów. Garry Kasparow, uważany za największego w historii szachistę, przez wiele lat dominował na świecie osiągając niewyobrażalny ranking. Ten wielki Rosjanin również miał swojego "Nadala". Władymir Kramnik jest jedynym człowiekiem, który ma dodatni bilans z genialnym Kasparowem. To on zabrał mu w 2000 roku tytuł mistrza świata. Jego patentem było odarcie pozycji na szachownicy z wszelkiej dynamiki, "życia", inicjatywy gdzie Kasparow, właśnie w dynamicznych pozycjach czuje się jak ryba w wodzie, bardzo szybko nokautując rywali. Styl przeciwnika wywarł tak wielkie wrażenie na mistrzu, że wielki Rosjanin wiele lat wcześniej zapowiedział swoją porażkę z Kramnikiem i fakt, jaki miał miejsce później - utratę na rzecz Kramnika swojego tytułu. Nie muszę dodawać, że dziś Kasparow i tak uważany jest za lepszego szachistę; Kramnik szybko stracił tytuł na rzecz innego zawodnika.

Syndrom zdecydowanego faworyta


Śledząc od lat opinie kibiców internetowych for, można posłużyć się pewnym wymyślonym przez mnie modelem, który definiuję jako „Syndrom zdecydowanego faworyta”. Fani pięściarstwa zwykle dużo więcej wymagają od boksera, który w określonej konfrontacji wskazywany jest jako faworyt zdecydowany i jeżeli tylko jego wygrana odbiega od pojęcia „zdecydowanej”, lecą na niego gromy, z umniejszaniem owego zwycięstwa włącznie. Posługując się najnowszymi przykładami, można przypomnieć pojedynki Chada Dawsona z Jeanem Pascalem, czy wspomnianego Kanadyjczyka z wielkim Bernardem Hopkinsem. W pierwszym przykładzie Dawson przegrał w 11 rundzie przez kontuzję. Zgodnie z wcześniejszą oceną większości fanów, miał zdeklasować rywala podczas, gdy Kanadyjczyk okazał się tego dnia zawodnikiem co najmniej równorzędnym. Nie wielu kibiców zauważyło, że walka ta była bardzo wyrównana, przypisując niejako z definicji wspomnianego modelu wysokie zwycięstwo temu, który miał przegrać "bez dwóch zdań", w najmniejszym stopniu nie nawiązując do faworyzowanego Amerykanina.

Po pierwszej walce Pascala z Hopkinsem, część traktujących o boksie internetowych serwisów krzyczała z tytułów swoich artykułów o wielkim przekręcie, jaki miał dotyczyć werdyktu tego pojedynku. Kanadyjczyk walczył u siebie i to on został wskazany przez sędziów jako zwycięzca. W rzeczywistości, punktując ten pojedynek po fakcie, nie trudno można było dojść do rzeczywistego obrazu starcia, będącego walką niezmiernie równą. Co prawda to Kat był nieznacznie lepszy w 7 - 8 rundach; dwukrotnie zapoznał się jednak z deskami, co uczyniło pojedynek wyrównanym. Można tu również wspomnieć o Denisie Lebiediewie, który nie urwał - jak większość przewidywała - na samym początku głowy staremu Jonesowi, przez co między innymi utracił zaufanie dużej części fanów.

Walka na remis


Rzadko zdarza się widzieć tak wyrównane pojedynki jak ten wczorajszy. Ani Pacquaio, ani Marquez nie osiągnęli w żadnej z odsłon wyraźnej przewagi. Filipińczyk był tu gospodarzem, gwiazdą HBO stąd niejednomyślne zwycięstwo Pacmana można uznać za najbardziej właściwe. Nie zmienia to oczywiście, że Dinamita po raz trzeci już pokazał, że nie przez przypadek uważany jest za ścisły top P4P. W walce z Pacmanem, w odróżnieniu od starcia z Mayweatherem Jr, gdzie był, a raczej starał się być stroną atakującą, tym razem skupił się wyłącznie na tych elementach pięściarskiego rzemiosła, w których czuje się najlepiej i być może - nie ma sobie równych na świecie.

Komentarz do walki kluczem jego oceny


Kibiców pięściarstwa w Polsce zwieźć mógł nieco komentarz Pana Pindery, wskazujący na kunszt Meksykanina, odbierający - po prawdzie - skuteczności Pacmanowi. Jest to jednak całkowicie zrozumiałe, zważywszy na oczekiwania co do rozstrzygnięcia tej walki. Do podnoszonych przez dziennikarza ciekawostek w tym pojedynku należał niezaprzeczalny fakt, iż Manny nie deklasuje w swoim stylu kolejnego rywala, a skazywany na pożarcie Dinamita radzi sobie nadspodziewanie świetnie, nie dając zrobić sobie dużej krzywdy.

Styl robi walkę

Na szczęście większość fanów rozumie zasadę „Styl robi walkę” i nie przenosi wczorajszego widowiska na grunt hipotetycznej walki z genialnym Floydem Mayweatherem Jr. Choć fakt, że cięższy niż zwykle Marquez dał wczoraj równą walkę faworytowi, może oczywiście zmienić postrzeganie ewentualnej konfrontacji Filipińczyka z Moneyem na korzyść Amerykanina i wydaje się to po części uzasadnione. Większość z nas ma już jednak jakieś doświadczenia i rozumie, że boks jest nieco bardziej skomplikowany i niech na potwierdzenie tego służy wczorajszy pojedynek. Tak jak wspomniałem powyżej, lubujący się w kontrowaniu Marquez zmuszony był wcielić się w rolę byka, gdzie matadorem był dużo większy Mayweather Jr. W dniu wczorajszym widzieliśmy Dinamitę w swoim żywiole.

Trylogia na remis

Nie mamy zatem jednoznacznego rozstrzygnięcia trylogii. W praktyce wygrywa ten, który stanowi o wpływach z tej dyscypliny, stanowiących podłoże dla kolejnych, wielkich walk. Można jedynie mieć nadzieję, że tak wyrównana walka Pacmana z Marquezem będzie zachętą dla wielkiego Floyda Mayweathera Jr i ten podejmie rzuconą mu przez Filipińczyka rękawicę.


"Mistrz świata" nie jest mistrzem świata! (styczeń 2012)

Kilka dni temu podjęliśmy na forum Boxing.pl krótką, acz interesującą dyskusję, jaka od lat przyświeca nie tylko malkontentom w typowej dla nich negacji wartości dzisiejszego zawodowego boksu co do zasady, a wszystkim kibicom, ekspertom, dziennikarzom. Chodzi mianowicie o rozkład, upadek autorytetu "mistrza świata" – instytucji do pewnego czasu określonej przepisami jednej tylko organizacji, obdarzonej jedynym dostępnym autorytetem. Warto przypomnieć, że w latach 60-tych i 70-tych, mistrzostwo świata wagi ciężkiej uważane było za największe osiągnięcie sportowe, a wielki Muhammad Ali po dziś dzień traktowany jest przez większość środowisk jako największy współcześnie żyjący, były reprezentant światowego sportu.

W dużym skrócie i uproszczeniu, historia ewolucji pięściarskich federacji, a co za tym idzie - mnogości mistrzowskich tytułów wygląda w sposób następujący. Do roku '62 było jedno ciało, odpowiedzialne za regulacje prawne dotyczące większości kwestii związanych z zawodowym boksem, w tym przyznające status mistrza świata. Tak zupełnie z boku tematu, nie ma tu znaczenia, na ile owa instytucja była niezależna, a na ile podatna na wysoko postawionych kibiców, przodujących w najróżniejszych organizacjach przestępczych. Nie ma to większego znaczenia biorąc pod uwagę temat felietonu, choć każdy, który tylko zechciałby wgryźć się w szczegóły i poznać kulisy największych pięściarskich zwycięstw lat 50-tych i wcześniejszych, mógłby z powodzeniem westchnąć, by za chwilę umiarkowanie, ale chwalić dzisiejszą scenę tego sportu / biznesu.

Kontynuując myśl przewodnią, do tego czasu nie było dwugłosu, czwór głosu; był jeden champion, jeden mistrzowski tytuł i basta. Nadawaniu mistrzostwa świata towarzyszyło wówczas również wiele kontrowersji, choć nieco innych niż dzisiaj; niemniej żaden z fanów nie miał wątpliwości, który z zawodników stanowi oficjalne numero uno określonego limitu wagowego.

W 1962 r. powstała federacja WBA (World Boxing Association), niejako przejmując na siebie obowiązki w nadawaniu mistrzowskiego tytułu. Dwa lata później powstała konkurencyjna federacja WBC (World Boxing Council), której narodziny zapoczątkowało dalsze dzielenie się rynku i każdy, dla którego nie jest obca makroekonomia, bez znajomości tego sportu / biznesu wie, co w związku z zarysowaną tendencją stało się dalej. Otóż rynek zaczął się dzielić, zgodnie z zasadą popytu i podaży, dokładając do tego określone, rodzące się - z dużym na ten sport zapotrzebowaniem - regiony, na przykład Niemcy w połowie lat 80-tych, czy też nieco później kraje byłego Związku Radzieckiego. (Powstało na przykład zapotrzebowanie m.in w Polsce - powstało mistrzostwo m.in WBC Baltic). Zawodowy boks przestał mieć jedyne miejsce na ziemi; sport ten coraz bardziej zakorzeniał się w Europie oraz Azji. W związku z powyższym, popyt na współczesnych gladiatorów rósł i prawdopodobnie zwiększałby się nadal, gdyby nie konkurencja – MMA.

Wraz z powstawianiem nowych ciał, federacji pięściarskich podlegających uregulowaniom prawnym zwykłych prywatnych przedsiębiorstw, zaczęło nam przybywać mistrzowskich tytułów. Nie byłoby w tym nic dziwnego i niepokojącego gdyby nie fakt, że każda z nowych organizacji nadaje posiadaczowi tytułu swojej "firmy" status "mistrza świata". Nadal nie byłoby nic w tym dziwnego i wywołującego skrajne emocje, gdyby nie zwykła nomenklatura – nie koniecznie nadana przez federacje, a zakorzeniona z lat wcześniejszych i używana przez kibiców i dziennikarzy.

Sami oto stworzyliśmy sobie problem, do walki z którym nawołujemy, nie godząc się z nim, a dając równolegle - poprzez nasze nazewnictwo - legitymację na zakorzenianie się w naszej świadomości błędne rozumienie tematu. Czy ktokolwiek dzisiaj podnosiłby głos, gdyby każdy z kibiców, dziennikarzy właściwie formułował przekaz, używając prawdziwych określeń: mistrz federacji WBC kategorii X; mistrz federacji IBF kategorii X, itd...

Wyobraźmy sobie sytuację, że współczesny świat jest na tyle bogaty, że w tym samym czasie kilka bądź kilkanaście krajów stać na równoległą organizację wielkiej piłkarskiej imprezy. Załóżmy, że są to Londyn, Paryż, Nowy York oraz Pekin – miasta organizujące w tym samym czasie mistrzostwa świata w piłce nożnej. Reprezentacja danego kraju jedzie do Paryża, rozgrywa spotkania, po czym odwiedza Londyn, USA i Japonię. Mija kilka tygodni i mamy czterech mistrzów świata w piłce nożnej.

Nie jest to prawdą; nie mamy czterech mistrzów świata w piłce nożnej, ponieważ w takim układzie nie ma formalnego miejsca dla mistrza świata; MISTRZ ŚWIATA z definicji może być tylko jeden. Mamy w takim przypadku mistrza imprezy zorganizowanej w Paryżu; mistrza turnieju z Londynu, najlepszej drużyny imprezy z Nowego Yorku oraz triumfatora mistrzostw świata z Pekinu i to bez znaczenia, czy użyjemy sformułowania "Mistrz świata". Która drużyna powinna uważać się za jednego i prawdziwego mistrza? Odpowiedź brzmi – żadna. Identycznie jest dzisiaj w zawodowym boksie.

1. Nie ma jednej, autorytatywnej, sformalizowanej instytucji (podmiotu prawnego) nadającej status mistrza świata – nie ma dzisiaj formalnej instytucji tytułu "mistrza świata".
2. Z uwagi na mnogość ciał, w tym cztery główne: WBC, WBA, IBF, WBO – mistrzowie mający pas określonej organizacji są jedynie mistrzami danej federacji tyle, że o światowym zasięgu.
3. Mistrz świata z formalnego punktu widzenia i z definicji może być tylko jeden!

My kibice i tak wiemy najlepiej, który z pięściarzy zgodnie z nasza opinią jest zawodnikiem najlepszym w określonej kategorii wagowej i na tej niesformalizowanej kategoryzacji musimy poprzestać. Są oczywiście przypadki, gdzie pięściarz unifikuje tytuły; możemy wówczas zrobić nieformalny wyjątek i na potrzeby dyskusji nazwać go niekwestionowanym, czy też prawdziwym mistrzem świata. On jednak prawdziwym (sformalizowanym) mistrzem świata nie będzie, a jedynie championem określonych federacji. I niech nas nie zmylą zapowiedzi m.in. słynnego Michaela Buffera, krzyczącego do mikrofonu "...Mistrz świata..." Czasem lepiej usłyszeć coś na pozór wielkiego, niż zmierzyć się z tym, celem zrozumienia. Niech nas nie zwiodą również opisy określonych wydarzeń pięściarskich, gdzie przy każdym z posiadaczy mistrzowskiego pasa określonej organizacji napisane jest "mistrz świata". Przyjmijmy to za pewną historyczną kurtuazję.


Pacquiao, Huck, Alvarez - symbole patologii współczesnego pięściarstwa. Część I (listopad 2012)

Trzy nazwiska zawodowych pięściarzy, które uwzględniłem w tytule artykułu, posłużą mi tu jako przykład, oddający trzy różne, dominujące patologie, jakie mają miejsce we współczesnym pięściarstwie. Każdy z wymienionych bokserów, ma swój - niezawiniony rzecz jasna - udział w tworzeniu nieprecyzyjnych kryteriów, jakie jeszcze do niedawna wydawały się oczywiste i których rolą jest ocena walk, czy też ocena możliwości sportowych bokserów. Nazwiska te symbolizują w tym kontekście te cechy instytucjonalne boksu, które determinują szeroko rozumiany kształt dzisiejszej szermierki na pięści, w sposób dla niej niekorzystny. Każdy z tych bokserów, jest znakiem nowych czasów w profesjonalnym pięściarstwie, o niewłaściwym kierunku jego rozwoju, z punktu widzenia poszanowania zasad sportu.

Komercjalizacja zawodowego boksu

Na początek trochę historii. O współczesnym pięściarstwie możemy mówić od czasów jego narodzin w XVIII w Anglii. Od tego momentu, boks zaczął przechodzić wiele zmian. Pierwsza szkoła boksu powstała w Londynie. W 1730 r. skodyfikowano zasady tego sportu, czyniąc duży krok w kierunku „ucywilizowania” pięściarskich potyczek. Boks nadal ewoluował; około sto lat od daty jego narodzin w Anglii w swoim nowożytnym wydaniu, w drugiej połowie XIX wieku zaczęto obserwować wzrost zainteresowania publiczności, dostrzegając konieczność komercjalizacji tego sportu. Boks musiał zacząć przynosić zyski. Na walkę Johna Gulla z Henrym Pearsem w 1807 r. przyszło podobno 150 000 widzów, a sam pojedynek trwał 59 rund. Wprowadzono również podział na 3 kategorie wagowe. Przełom XIX i XX wieku to przede wszystkim okres, kiedy zaczęły powstawać pierwsze agencje menedżerskie, odpowiedzialne za organizację walk. Wkrótce pięściarstwo zawodowe zawitało w USA i to pojedynki brytyjsko – amerykańskie, stały się podłożem pierwszych mistrzowskich walk i tradycji zawodowego mistrza świata.

Rozwój stacji radiowych i telewizji, miał kluczowe znaczenie dla dalszego rozwoju boksu. Zwłaszcza stacje telewizyjne, miały wpływ na skomercjalizowanie pięściarstwa, pompując w niego coraz więcej pieniędzy. Pierwsze, wykreowane przez telewizje nazwiska to Rocky Marciano oraz „Sugar” Ray Robinson. Nikt jednak wcześniej, nie potrafił wykorzystać komercjalizacji boksu na małym ekranie, jak zrobił to Muhammad Ali. Jeszcze w latach 70-tych tego wieku, profesjonalne pięściarstwo miało dwie tylko liczące się areny, brytyjską i amerykańską. Wkrótce nastąpiły zmiany, które wynikały z naturalnych procesów globalizacji. Niemcy, Włosi z czasem Rosjanie czy Polacy również zechcieli mieć swoich "mistrzów". Boks zaczął rozszerzać geograficzne kręgi zainteresowań, co musiało pociągnąć za sobą zmiany instytucjonalne, jak na przykład powstające nowe federacje, których mocodawcy widzieli różne interesy w różnych krajach. Trudno zatem dziwić się ilości pasów i kategorii wagowych, skoro boks zaczął być kupowany przez miliony ludzi na całym świecie i w takim przypadku, mówiąc pół żartem, pół serio, utrzymywanie instytucji jednego mistrza świata, można byłoby uznać za olbrzymie marnotrawstwo potencjału rynku.

Manny Pacquiao mistrzem świata ośmiu kategorii wagowych


Nie trzeba znać genezy instytucji kategorii wagowych, aby rozumieć ich znaczenie. Rywalizacja fizyczna w tym sporcie, oparta jest w dużej mierze na naturalnych gabarytach zawodników i chcąc zachować zbliżone szanse, małych należy konfrontować z małymi, a dużych z dużymi. Stąd nikt świadomy tego sportu, nie neguje potrzeby istnienia sformalizowanego katalogu pięściarzy, z podziałem na kategorie wagowe. Zupełnie odmienną kwestią jest dostosowanie ilości dywizji do potrzeb czytelności tego sportu i przełożenia tego na realne możliwości fizyczne pięściarzy. Tutaj boks zawodowy wyróżnia się niekorzystnie na tle innych sportów walki, zupełnie rozmazując sens tej istotnej kwestii.

Każdy z nas ma określoną budowę ciała i predyspozycje do zmian jego ciężaru, stąd przynależność do danej kategorii wagowej, powinna oznaczać określony pułap, w którym nasze parametry fizyczne są najwyższe, przy zachowaniu możliwie niskiej wagi. Zmiana kategorii na wyższą, miałaby w takim przypadku duże znaczenie, bowiem rywalizowalibyśmy z rywalami naturalnie większymi tak, jak to jest w zapasach, judo czy w większości organizacji MMA. Tymczasem różnice w wadze, jakie dzielą określone przedziały w boksie zawodowym, wynoszą czasem jedynie 5 funtów, podczas, gdy różnica wagi pięściarzy w godzinie wejścia do ringu, może wynosić zdecydowanie więcej. Tu kłania nam się kontrowersyjna od lat zasada, która nakazuje ważenie bokserów na 24 godziny przed starciem, co nowatorscy trenerzy potrafią skrupulatnie wykorzystać. Pomijając ten niezrozumiały pomysł, owe małe różnice pomiędzy dywizjami sprawiają, że mamy dzisiaj mistrzów 5.. a nawet 8 kategorii wagowych. Telewizjom transmitującym boks to wciąż mało, stąd przyzwolenie na zdobywanie pasów wyższych wag, przez pięściarzy kwalifikujących się swoją rzeczywistą wagą do dywizji niższych, czy też tworzenia limitów pośrednich. Do tego można dorzucić zobowiązania bokserów do uzyskiwania określonej wagi w momencie wejścia do ringu, na bazie zapisów w kontrakcie. Jest to jedna z bardziej rażących patologii współczesnego boksu, jakie mają miejsce w ostatnich latach i które to stanowią o coraz większym zacieraniu zasad sportu.

W każdej z dywizji rozgrywanych jest kilka mistrzowskich walk, pokazywanych przez telewizje, a jak pojawi się jakiś unikatowy pięściarz, tworzy się nowe pół-wagi, limity przejściowe, nadając za każdym razem walkom mistrzowski status. I tak oto Manny Pacquiao zdobył pas wagi junior średniej; kategorii zarezerwowanej co do zasady dla dużo większych chłopców. W ten sposób, komercjalizacja boksu wygrywa z jego aspektem sportowym i zamiast oglądać w tej dywizji mocno zbudowanych, mających 180 centymetrów atletów, widzimy świetnie sprzedającego się "kurdupla", obijającego bez formy statycznego jak nigdy wcześniej Antonio Margarito. Ów "kurdupel" jest oczywiście w swoim fachu wybitny, niemniej nie na tyle, aby móc pobić mistrzów ośmiu różnych przedziałów wagowych, gdyby tylko owe przedziały miały oddać to, do czego zostały stworzone. Chcąc zróżnicować fizycznie bokserów, stosując realne przesłanki, osiem dywizji jako pełen katalog kategorii wagowych, wystarczyłoby w zupełności. Docenilibyśmy wówczas mistrzostwo dwóch wag, nie mówiąc o zdobywaniu tytułów w kolejnych kategoriach. Dla porównania, najbardziej popularna i najmocniej obsadzona organizacja MMA, amerykańska UFC dzieli zawodników na 7 wag, gdzie wcześniej było ich jeszcze mniej. W przypadku Pacquiao, który jest najlepszym na dzisiaj przykładem na patologie związane z ilością przedziałów wagowych i tym samym mistrzowskich tytułów, to aspekt finansowy pcha promotorów i stacje telewizyjne do naciągania i tak już naciągniętych zasad tego sportu.


Marco Huck dopełniający "trylogię". Nowe spojrzenie na karierę pięściarza (maj 2013)

Trylogia - instytucja zawodowego boksu o elitarnym wydźwięku.

Ogłoszono oficjalną datę i miejsce pojedynku o pas WBO kategorii cruiser. Do walki tej przystąpią bokserzy, którzy zdążyli już dwukrotnie rywalizować w ringu o wspomniane trofeum. Będziemy mieli zatem trylogię czołowych reprezentantów jednej z dywizji, która powinna naturalnie wywoływać skojarzenia bliskie innym współczesnym i nielicznymi trylogiom, jakie miały miejsce w zawodowym boksie. Trzeci pojedynek tych samych pięściarzy, wywołuje zwykle wiele poruszenia, w oczekiwaniu na kolejną wielką batalię. „Trylogie” nacechowane są w tym biznesie bardzo pozytywnie i emocjonalnie. Nikt nie robiłby trzeciej walki, gdyby nie miał gwarancji sensu określonego zestawienia, pod którym kryją się przewidywane przychody, nawet większe, niż miało to miejsce w pierwszej i drugiej walce. Doprowadzając do trzeciej potyczki w wykonaniu tych samych bokserów, nikt już zwykle nie pyta o jej sens sportowy, ponieważ wysoki poziom wydaje się niemal pewny. „Sportowy poziom” walki bokserskiej, to określenie oczywiście umowne, ale nawet wtedy, gdy nie uznamy „wartości sportowej” św. pamięci Arturo Gattiego i Mickiego Warda za wybitną, miejmy świadomość, jak wiele parametrów fizycznych składa się na tę ciężka dyscyplinę, a w kilku z nich, uczestnicy pamiętnego trójmeczu w wadze lekkiej wykazali szczytową elitarność. Na trzeci pojedynek Riddicka Bowe z Evanderem Holyfieldem – inną współczesną trylogię, czekał cały sportowy świat. Walką Manny’ego Pacquiao z Junem Manuelem Maquezem, kiedy to Meksykanin zaskoczył zdecydowaną większość kibiców i ekspertów, tocząc wyrównany pojedynek z podbijającym wagę półśrednią Filipińczykiem, sprzedała się na poziomie największych rozgrywek pięściarskich w historii. Trylogie czołowych pięściarzy świata są najczęściej wyjątkowe.

Podstawowe przesłanki, jakie towarzyszą organizacji trzeciej walki tych samych bokserów, oczywiście zawodników znanych i stanowiących o czołówce jednej z kategorii wagowych, wymieni każdy kibic. Czy zestawienie Marco Hucka z Olą Afolabim wpisuje się powyższy „klimat”? To przecież wspomniany klimat wielkiej rywalizacji, podrasowanej względami ambicjonalnymi bokserów, legitymuje organizację trzeciej walki. Wyrównane pojedynki oraz bliskie punktacje dwóch pierwszych starć Bośniaka z niemieckim paszportem z czarnoskórym Brytyjczykiem, mogą w jakiś sposób uzasadniać doprowadzenie do kolejnej potyczki, choć w kontekście „statusu” trylogii, ma to drugorzędne znaczenie. Pozycja rankingowa federacji, powinna jako główna stanowić o każdym zestawieniu, ale jak wiemy, fundamentem dopełniającym klasyczną trylogię jest wieki biznes. Jedną z kluczowych przesłanek, jakimi kierują się zwykle organizatorzy takiego pojedynku, jest gwarancja wysokiej oglądalności, a co za tym idzie, pięściarze pozostawili po sobie dwa wspaniałe pojedynki, zapisując się często wielkimi zgłoskami w historii zawodowego boksu. Ilekroć myślę o zapowiadanej na czerwiec, trzeciej konfrontacji na ringu Wilfrieda Saurlanda, uzmysławiam sobie "skutki uboczne" odejścia od mekki zawodowego boksu, wraz z przeniesieniem fragmentów ciężaru rywalizacji na różne kontynenty oraz kraje. Mecce towarzyszą pokolenia kibiców. Tak było i jest w Wielkiej Brytanii, a później w Stanach Zjednoczonych, które z uwagi na ilościowy potencjał czarnoskórych mieszkańców, przyćmiły pierwotny brytyjski rynek. Mekka to również konieczność rywalizacji o widza, a jak wiemy, „wymagający widz” nie kupi masowo nawet świetnego Timothy’ego Bradleya. To właśnie dlatego, nie każda walka może być początkiem trylogii.


Trzy pojedynki z Afolabim na tym samym ringu! Wszystkie walki w karierze Marco Hucka na swoim ringu! Co to oznacza - brak wystarczających podstaw do oceny realnych możliwości pięściarza!


O ile odbyte walki Hucka z Afolabim, możemy uznać za widowiska sportowe na niezłym poziomie, o tyle doszukiwanie się wielkości w rywalizacji tych dwóch pięściarzy, wydaje się zbędne. Z pierwszego pojedynku, można było zapamiętać moment kryzysu faworyta gospodarzy, który zamroczony po ciosie rywala, stoczył przez kilka sekund walkę również ze sobą, unikając wizyty z deskami. Poza tym jednym fragmentem, pojedynki te były do siebie bardzo podobne. Miały zbliżony przebieg, zbliżoną punktację, i co najważniejsze - od początku jasne intencje organizatora, który korzystając "przyjętego zwyczaju" w zawodowym boksie, ogłosił ustami sędziów dwukrotne zwycięstwo swojego pupila. Możemy zatem uznać, że wiemy na co stać tych dwóch zawodników w bezpośredniej walce. Popełniamy jednak często duży błąd w ocenie możliwości bokserów, walczących jedynie na swoich ringach. Gdyby udało się przeprowadzić trzeci pojedynek na Wyspach (z punktu widzenia miejsca rozgrywki dwóch pierwszych rywalizacji, dla kibiców innych sportów wydawałoby się to oczywiste), Huck nie wygrałby prawdopodobnie czerwcowego starcia, gdyby jego postawa nawiązała do dwóch poprzednich. Gdyby jakimś cudem, Bośniak zmuszony był jednak bronić tym razem pasa na warunkach rywala (jak a mój gust – jedyna przesłanka, choć niewątpliwie oryginalna…, nadająca duży sens dopełnienia trylogii), szkoleniowiec posiadacza pasa WBO wagi junior ciężkiej byłby po raz pierwszy świadom słabości Hucka w konfrontacji z Olą Afolabi. Mając w planach hipotetyczny wyjazd z niemieckim Bośniakiem do Anglii, za każdego dłuższego „żółwika” przy brytyjskich linach, pięściarz dostawałby od Uliego Wegnera „po łapach”, bowiem tym razem, rundy bliskie byłyby z większym prawdopodobieństwem zapisywane na konto Brytyjczyka. Brakowałoby dopingu własnej publiczności, a do krzyków brytyjskich kibiców, trudno przyzwyczaić się w przeciągu kilku minut, nie mając żadnego wyjazdowego doświadczenia. Huck musiałby tym razem być przygotowywany na prawdziwie twardą walkę, wpisując w plan znokautowanie przeciwnika, przez co wypadłby na ringu gospodarza albo dużo lepiej, przenosząc wcześniej ciężar sesji sparingowych z „przetrwania” na „destrukcję”, albo dużo gorzej. Tym razem to nie Afolabi byłby stroną nacierającą, jak to było przez większość czasu dwóch ostatnich walk. Jak wyglądałby Huck, rywalizując z dobrym bokserem na jego ringu, tego prawdopodobnie nigdy już się nie dowiemy, ale do punktowego zwycięstwa, musiałby zrobić znacznie więcej, niż miało to miejsce wcześniej.


Produkt Marki Huck. Przeznaczenie produktu - nie przegrać przed czasem; nie stracić tytułu.

To „bokserski handicap”, w przypadku Bośniaka ciągły i nieprzerwany (wszystkie pojedynki rozegrane na prywatnym ringu Sauerlanda), umożliwił stworzenie niepokonanego w kategorii junior ciężkiej produktu o nazwie Marco Huck. Produkt ten, który ma przede wszystkim nie przegrać przed czasem, sprzedaje się dotąd w kraju germańskim bardzo dobrze i choć czasami jest nie do przełknięcia, pozostaje pierwszym koniem pociągowym grupy promotorskiej. Żeby ten niecodzienny produkt (popularność Bośniaków, Ormian i innych nacji z niemieckim paszportem, wobec braku na ringach Niemców z krwi i kości, długo będzie stanowił dla mnie społeczną zagadkę) miał nadal przynosić podobne zyski i to bez względu na smak.. bo z tym bywa różnie..., musi wnosić do ringu mistrzowski tytuł. To obóz mistrza, ma z tego powodu w wielu kwestiach organizacyjnych najwięcej do powiedzenia, co przy kapitale Suerlanda, połączonym z brakiem zainteresowania innych światowych promotorów wagą cruiser, pozwala twórcy tego produktu niemal na wszystko. Sytuacja ta zdeterminowała postawę Hucka w dwóch walkach z Afolabim, obniżając szanse Brytyjczyka na realny sukces na nieprzychylnym ringu gospodarza. Bośniak toczył względnie bezpieczny, wyrównany pojedynek, co z rundy na rundę dawało mu przekonanie co do skuteczności swoich poczynań. Owo przekonanie, poczucie bezpieczeństwa (stosując kryteria ringowej wojny), nie wywołuje frustracji, a wręcz przeciwnie. To Afolabi, z każdą kolejną odsłoną miał świadomość, że w ten sposób walki nie wygra. Bokserzy zmuszeni do walki na obcym ringu, bądź po prostu z faworytem sędziów - na przykład w walce z jakimś gwiazdorem, podejmują wówczas różne działania na rzecz zmian w ringu, które uskuteczniane na pewnym etapie walki, najczęściej przynoszą odwrotny skutek. Frustracja, wkładanie coraz większej siły w pojedyncze ciosy, a tym samym coraz większe usztywnienie, przy konieczności podkręcania tempa, nie przynoszą najczęściej niczego dobrego. Z drugiej strony, bez próby zmian, to jak oczekiwanie na niekorzystny werdykt. Tak to w uproszczeniu dotąd wyglądało i aż się prosi, aby trzecia konfrontacja Hucka z Afolabim, mogła tym razem pozwolić sprawdzić się Bośniakowi "na niemieckich blachach"... Tego typu zjawisko spotykamy od dawna w boksie, choć w przypadku występów mistrza WBO wagi junior ciężkiej, razi to w sposób dotąd niespotykany. Pięściarz jest kontynuacją krótkiej tradycji niemieckich "mistrzów świata" federacji WBO, takich jak Sven Ottke czy Dariusz Michalczewski. Na ich tle, Huck wypada jednak dużo gorzej, z uwagi na nieporównywalnie niższy poziom dywizji, w której duża część rywali, rosły Huck zmiatał bez większej znajomości sztuki niczym rugbista, nie dbając zbytnio o to, czym trafia i gdzie trafia. W wadze cruiser, bardzo często spotykamy zawodników, którzy przy innym bądź jakimkolwiek zapleczu i środkach, reprezentowaliby wagę półciężką. To przede wszystkim skala parasola ochronnego, który jest „ojcem” stylu walki Bośniaka, stanowi symbol mistrzostwa świata WBO wagi cruiser.


Niewykorzystany - skrzywiony potencjał Bośniaka. Produkt Marki Huck to efekt niewłaściwej obróbki, podporządkowanej "obronom" mistrzowskiego tytułu na swoim ringu. Huck może mieć z tym coraz większy problem wewnętrzny

Wspomniany „przywilej” Niemców, niejako podporządkował sobie całokształt szkolenia Marco Hucka, wykrzywiając od dawna realne możliwości tego boksera. Oglądamy w ringu „wysterylizowanego” Hucka, jeżeli tylko rywal może stanowić realne zagrożenie. Uli Wegner przypiłował bokserowi wszystko to, co na początku jego kariery wyglądało na mocną stronę. Bośniak wymagał oczywiście zaawansowanego okrzesania, tymczasem skupiono się na sztuce trzymania gardy, jako unikalnej szkoły zdobywania punktów w rundach i temu poświęcono najwięcej uwagi. Przypomnijmy, że Huck został wcielony do boksu jako wschodzący zawodnik kick-boxingu, z uwagi na atut swojej wyjątkowej fizyczności. Doświadczony trener boksu nie mógł przecież nie zauważyć, że Bośniak nie ma predyspozycji do boksu technicznego, nie porusza się lekko, nie jest elastyczny, w jego genetykę nie są wpisane te cechy pięściarza, które tak skutecznie wprowadzają w życie czarnoskórzy adepci tej sztuki. Druga sprawa, techniczni zwodnicy to najczęściej ci, którzy zaczynają uczyć się ruchów w młodym wieku, w którym nie są jeszcze w pełni fizycznie rozwinięci (podpis fizjologiczny). Mimo to, postawiono właśnie na niego. Jeżeli zatem był tam obecny jakiś doświadczony trener, wcielając do grupy tego surowego boksera; mając równolegle duże środki i tym samym wiele wyborów, musiał zobaczyć w Hucku coś wyjątkowego, co miało zrekompensować mu braki innych predyspozycji. „Instynkt mordercy”, "przewaga fizyczna potencjalnie nad każdym rywalem", "niezwykła dynamika", "dobra odporność" oraz "wysoka wydolność" - na tym mógłby oprzeć się w innych okolicznościach pomysł na potencjalny boks Hucka, ubierając to wszystko w "płaszcz techniki", która zawsze byłaby "na miarę możliwości boksera. Tymczasem praca nad Bośniakiem, nie poszła w kierunku podkreślania atutów wraz z ich cywilizowaniem, a raczej na odbieraniu mu jego najmocniejszych tron, co musiało również odbijać się na jego psychice. Nigdy nie uwierzę, że po każdym zwycięstwie pięściarz był z siebie dumny. Idę o zakłada, że gdyby tak zapomnieć o kontrakcie z Sauerlandem, Huck postawiłby na inny proces szkolenia. Nie tylko ja dostrzegam, że bokser ma z tym coraz większy problem psychiczny, czego wyraz dał tuż po ostatniej walce. Nie wiemy, jak wygląda układ pomiędzy milionerem Sauerlandem, a człowiekiem, który z nędzy typowej dla zacofanych bośniackich wsi, stał się sportowcem znanym i bogatym, dokonując "baśniowego" przeskoku. Stąd pełne jego oddanie dla realizacji planów "Pana".


"Wegnerowska taktyka" triumfuje, choć na jednym i tym samym ringu. Huck nadal z mistrzowskim pasem. Pięściarz nie boi się rywali, ale wnosi momentami do ringu "strach" z tytułu konieczności poddania się w podczas walki narzuconym mu zasadom, pod tytułem "przetrwać do ostatniego gongu" oraz "minimalizować ryzyko". Sędziowie to często najemnicy Sauerlanda. Huck czułby się w ringu znacznie lepiej, gdyby mógł zrealizować się w nim na miarę potencjalnych atutów. Jeżeli jest spętany kajdanami określonej taktyki, która zbyt daleko ingeruje w jego naturę, może czuć strach przed mocno bijącym pięściarzem. Nie może oddawać się instynktowi drapieżnika w walce - nie może podejmować ryzyka utraty pasa WBO, na czym rodzina Sauerland opiera znaczną część swojego kapitału. Pas straci / zwakuje tylko wtedy, gdy będzie to przemyślana decyzja właściciela


Czasami odezwie się w Hucku natura, ale musi mieć na to wyraźne przyzwolenie trenera. Jeżeli rywal ma realne szanse na wywiezienie z Niemiec pasa WBO kategorii cruiser, naturalne predyspozycje pięściarza nie mają znaczenia i od dawna pominięte, ustępują w ringu "wegnerowskiej taktyce”. Co ciekawe, w eksperymentalnym pojedynku z Aleksandrem Powietkinem, to nie „taktyka” Uliego Wegnera była głównym narzędziem Hucka. Porażka Niemca była tym razem wkalkulowana przez promotora, gdzie przewidywane zwycięstwo Saszy, nie pozbawiało Niemca pasa WBO wagi junior ciężkiej. Po raz pierwszy, w ważnej walce na Hucku nie ciążył wówczas jakakolwiek presja, zarówno podczas przygotowań, gdzie mógł prawdopodobnie w większej mierze oddać się swojej naturze, jak również w czasie walki. Sasza wyglądał bardzo słabo, między innymi przez wyjątkowo aktywną postawę Bośniaka, który bez kompleksów atakował silniejszego teoretycznie pięściarza. Wpływ na obraz tej walki miało niewątpliwie wiele różnych czynników. Mam w pamięci minę i blady wyraz twarzy Hucka, kiedy świadom taktycznych tortur, jakie miały zapewnić mu punktowe zwycięstwo z Denisem Lebiediewem, wychodził pamiętnego dnia do ringu. Pamiętam również, że w przypadku walki z Powietkinem, było zupełnie inaczej, a o pewności Hucka, mogliśmy po raz pierwszy czytać na długo przed pierwszym gongiem. Analizując ten przypadek, można założyć, że ładna porażka, dająca Huckowi podczas walki więcej wolności w ringu i doceniona przez kibiców, brana była pod uwagę przez niemieckiego promotora jako wynik najbardziej pożądany. Kontrowersyjna punktowa wygrana Bośniaka, miałaby dla biznesu Sauerlanda fatalny wpływ. „Święty” dla promotora tytuł WBO kategorii cruiser, bo bez niego nie byłoby władzy, został tym razem szafie, stąd mogliśmy zobaczyć fragment fizycznego demona, jakiego moglibyśmy hipotetycznie dzisiaj oglądać, gdyby ten młody atleta, był poddany innemu procesowi wdrożenia w ten sport. Zamiast „produktu” mielibyśmy wówczas zawodnika wzbudzającego jeszcze więcej emocji, jednak związanych głównie z solą zawodowego boksu. Bośniak miałby pewnie niejedną porażkę na koncie, ale i niejeden spektakularny triumf czy też wielką zapamiętaną na długo wojnę. Spróbowałby się na wielu ringach, z większą ilością wymagających przeciwników i dopiero wtedy, mogliby uczciwie definiować jego pięściarskie możliwości.


Podsumowanie. Co dalej z Huckiem, w kontekście narastających nieporozumień pomiędzy nim a Wegnerem. Jak będzie wyglądał trzeci pojedynek z Afolabim? Czy podczas czerwcowej walki, uda się Huckowi zachować status quo, wynikające z obrazu dwóch wcześniejszych walk?

Hasło „Przetrwaj do ostatniego gongu…”, było częścią myśli przewodniej rozwoju Hucka, wbew jego naturze, co idealnie oddały walki z Denisem Lebiedewem czy Victorem Ramirezem, oraz w dużo mniejszej skali, pojedynki z Afolabim. Nie uwierzę, że ten wychowany w jakiejś biednej bośniackiej wiosce drwal, blednie ze strachu przed rosyjskim przedstawicielem kategorii cruiser, by za chwilę śmiać się ustami Bilda z Saszy. Nawet jeżeli uznamy, że to Lebiediew stanowił większe zagrożenie od cięższego Powietkina (teza do dyskusji, pomijam poziom przygotowania), nijak ma się do tego skala. Jednym razem widzieliśmy boksera, któremu "powiązano jaja" drutem kolczastym, innym razem był to zawodnik o niespotykanej wcześniej pewności siebie, drwiący z rywala i mam tu na myśli kontekst wykraczający ponad obraz samej walki. Może walczący na niemieckiej ziemi bokser, nie bał się Lebiediewa, a bał się swoich przełożonych? Poczucie zagrożenia Hucka, mogło być wynikiem pętania mu rąk przez szkoleniowca.


KONTYNUACJA W NASTĘPNYM POŚCIE.

Krystian Sander jest nieaktywny   Odpowiedź z Cytatem

stare 20-05-19, 13:47   #2 (permalink)
Redaktor Boxing.pl
  
 
Zarejestrowany: Nov 2013
Postów: 18877
Nominowany 467 razy w 136 Tematach
Nominated Art. Miesiąca - Nagród: 38
Domyślnie

W ostatniej walce, gdzie ciężko znaleźć choć jedną wygraną przez Hucka rundę, w której jego przewaga byłaby bezdyskusyjna, mieliśmy wybuch gorzkiej chemii, pomiędzy pięściarzem a jego narożnikiem. Wcześniej mogliśmy również obserwować, że z tą współpracą bywa różnie. Podobnie rzecz wyglądał na w przypadku Artura Abrahama. Fatalna postawa mistrza WBO w walce z Firatem Arslanem, a za chwilę ten niespotykany widok, wyrażającego przez Hucka w stronę trenera niezadowolenia czy też żalu, każe zastanowić się przed czerwcową rywalizacją z Afolabim. Nie wiem, na ile to poziom przygotowania, a na ile forma przygotowania, dały widok sfrustrowanego i aż tak bezradnego Bośniaka - widok podobny do kilku innych jego występów, choć tym razem skrajny. Mimo to, cały czas do przodu... Może w końcu uda się kibicom dostrzec, że to nie różnica w możliwościach obu pięściarzy, a realizowany styl na przetrwanie, chroniący przed porażką przed czasem Hucka, złożyły się na obraz ostatniej walki. A przecież Turek z pojedynczego ciosu nie słynie. Pomysł Aleksiejewa na walkę z Arslanem, gdzie Rosjanin nie miał w karierze nawet części takiej opieki i środków do treningu jak Huck, został powszechnie skrytykowany, podczas, gdy pozbawiony regularnych występów Rosjanin, znalazł jakiś tam pomysł na paraliżowanie idącego do przodu Turka. Jaki pomysł miał Wegner? Jak to się stało, że fizyczny Huck nawet nie próbował chodzić na boki i z różnych stron taranować rywala, który pojedynczym uderzeniem nie zagraża właściwie w ogóle? Optymalnie przygotowany Arlsan, w specyfice swojego stylu nie jest łatwym rywalem, ale cofanie się w linii prostej i stanie przy linach „na żółwika”, to ostatni pomysł, jaki poleciłbym na walkę ze swarmerem, tym bardziej pozbawionym nokautującego uderzenia. Być może się mylę, być może poleciłbym właśnie taki sposób na zwycięstwo u sędziów, gdybym jako trener miał dodatkowo jakieś "kontraktowe zobowiązania" w stosunku do pracodawcy. Gdyby płacono mi setki tysięcy rocznie, a tyle na pewno zarabia Wegner, być może nie byłbym już takim chojrakiem w krytyce „żółwika”, mając „duże zaufanie” do punktowych. "Żółwik" opracowany został niemal do perfekcji i co ważne, nie odbiera tak wiele sił. Niejeden ambitny w historii, nie wytrzymywał narzuconego przez siebie tempa, w konsekwencji odejścia od starej i sprawdzonej taktyki.

Gdyby język polski, tak giętki był jak o nim niektórzy mówią, przewidziałby na okoliczność trzeciej walki z Afolabim zdrobnienie dla słowa „trylogia”. W ten sposób moglibyśmy oddać rzeczywistą wartość „paczki walk” Huck – Afolabi. Przedstawiając ją jako młodszą, czy wręcz małą siostrę („gówniarę”) znanych nam trylogii, intencje nasze byłyby jasne, przekaz czytelny i żaden początkujący kibic, nie szukałby analogii do „trylogii” w jej klasycznym rozumieniu jedynie przez fakt, że wcześniej odbyły się dwa wyrównane pojedynki. Chcąc być konsekwentny, powinienem napisać że trzecia walka w Niemczech, z tym samym rywalem, nie powinna odbiec znacznie od dwóch wcześniejszych. Huck i jego otoczenie to jednak ciekawe i nierozpoznane zjawisko. Boksera coraz bardziej może stresować promotor, trener, szkoła boksu. Sauerlanda uważam za niezwykle kontrowersyjną postać i widok wbiegającego promotora do narożnika Artura Abrahama, na kilka sekund po przerwaniu walki z Roberetem Steiglitzem i potok, przesyconych negatywnymi emocjami słów, jakie czerwony ze zdenerwowania właściciel wykrzykiwał w różne strony, rodzi moje dziwne skojarzenia, nawiązujące do genezy instytucji „promotora zawodowego boksu”. Dla żyjącej z boksu rodziny, cel uświęca środki, a Uli Wegner to idealny oficer, którego rolą jest podporządkowanie pięściarzy misji szefa. Ta misja jest oczywisyta, wątpliwości budzi zaawansowana w tym przypadku maksyma: Cel uświęca środki. Jedynym celem grupy promotorskiej są pieniądze, a mówiąc o środkach, przekornie zadam pytanie? Czy ktoś pamięta, kiedy ten niezwykle silny fizycznie pięściarz, rzucił sensownego rywala na deski? Być może nawet nigdy nie „podłączył” żadnego czołowego na dany moment boksera (oszczędzę tu słaniającego się ze zmęczenia Powietkina). To trochę dziwne, w kontekście wyboru przed laty Marco Hucka i zachwytu nad jego fizycznością, jako głównym powodem podjęcia współpracy. Z oceną postawy Bośniaka w czekającej nas walce, wolę się wstrzymać mimo, że trzecia walka również odbędzie się na ringu gospodarza. Wybuch negatywnych emocji boksera, jaki widzieliśmy po walce z Arslanem, być może niesie za sobą jakiś zakręt w karierze Bośniackiego Niemca.



Rodzący się nowy król kontrszermierki czarnoskórej Ameryki (listopad 2014)

Rok temu w pewnej dyskusji o potencjalnym następcy Floyda Mayweathera Juniora, wskazałem na Terence’a Crawforda jako tego, który po uprzednim przejęciu pałeczki "Moneya", jest w stanie posiąść królestwo pięściarskiej sztuki. Czy Mayweather Jr, jak mają w zwyczaju królowie, przekaże komuś swój tron? Trudno powiedzieć, czy zrobi to oficjalnie, namaszczając tym samym swojego następcę. Mój ówczesny rozmówca chciałby, aby królewskie insygnia władzy przypadły Jermellowi Charlo z wagi junior średniej; moim zdaniem Crawford to większy talent, a że sprawa dotyczy schedy "Moneya", kryteria wyboru nowego króla określać ma styl walki wielkiego Floyda.

Od lat obserwuję tendencję do gloryfikowania pięściarzy o określonych predyspozycjach fizycznych, a co za tym idzie, określonym stylu boksowania. Mam tu na myśli odwieczne przywoływanie byłych czempionów, włącznie z faworyzowaniem wąskiej grupy starych pięściarzy. Należą do nich między innymi Sugar Ray Robinson, Sugar Ray Leonard, Roy Jones Junior czy nieco na wyrost James Toney. Łączą ich pewne podobieństwa w zakresie pięściarskiego rzemiosła i sposobu wykorzystania go w ringu, a to przez zbliżone atuty. Czym są owe atuty i z czego one wynikają?

Z sentymentem trudno dyskutować, podobnie z ludzkimi przekonaniami. Zawodowy boks od zawsze był domeną zawodników czarnoskórych. Ci różnią się anatomicznie i fizjologicznie od sportowców odmiennych kolorów skóry, dysponując typowymi dla siebie cechami. Jamajczyk, czy też mieszkaniec Afryki nie będzie tak duży i silny jak przykładowy przedstawiciel Europy Północnej; będzie za to bardziej elastyczny, dynamiczny i najczęściej szybszy, co potwierdzają badania o charakterze naukowym, w tym głośne badania przeprowadzone przez prof. Bengta Saltina ze słynnego Kopenhaskiego Instytutu Badań Mięśni. Zdaniem profesora, główne różnice między Afrykanami i Amerykanami pochodzenia afrykańskiego a resztą świata kryją się w budowie i działaniu mięśni szkieletowych. Badania te były poświęcone co prawda sprinterom, niemniej dowodzą różnic anatomicznych pomiędzy sportowcami różnych regionów świata. W boksie różnice te widoczne są gołym okiem.

Jakość boksu pięściarzy, w tym poziom przyswojenia techniki, styl walki, nie licząc naturalnie sfery mentalnej i zaangażowania, determinują geny i mięśnie zawodników. To nie przypadek, że bokserscy przedstawiciele byłych republik radzieckich walczą w stylu oddającym ich predyspozycje, ale jakże innym od dotychczas znanych na profesjonalnych ringach. Podobnie Kubańczycy i Afroamerykanie, którzy prezentują najczęściej skrajny typ boksu w stosunku do wcześniej wymienionego. Oni również walczą w stylu pochodnym ich predyspozycjom - wykorzystując swoje naturalne atuty. Widoczne to było dotąd wyłącznie na ringach amatorskich; dzisiaj staje się to widoczne w zawodowstwie. Dotychczasowa rywalizacja na światowych ringach nie przewidywała tak wielu stylów boksowania, stąd poziom zawodników może iść tylko w górę. Z punktu widzenia sportowego, zawodowy boks ma się dobrze jak nigdy wcześniej i to bez względu na koniunkturalny kryzys w wadze ciężkiej.

Zawodowe pięściarstwo rozgrywane było ostatnimi czasy niemal wyłącznie w USA i na Wyspach; miniony wiek to jednak głównie rozgrywki w Stanach Zjednoczonych. Dominacja pięściarzy czarnoskórych stworzyła poczucie, jakoby bokser o białej karnacji skazany był na pożarcie. Tak też w istocie było, lecz głównie z uwagi na statystykę. Poziom selekcji, rotacji, na określonych szczeblach bokserskiej rywalizacji, faworyzował pięściarzy czarnych przede wszystkim z uwagi na ich przygniatającą większość. Z olbrzymiej masy reprezentacyjnej wyławiały się perły, stąd przywołane wyżej nazwiska wielkich czempionów. To między innymi dlatego fani, jak również amerykańscy dziennikarze nie zawsze potrafią ogarnąć nową rzeczywistość. Najlepiej oddały to dotychczasowe przekonania Bernarda Hopkinsa i jego słynne słowa o rzekomej słabości "białych i sztywnych chłopców". To prawda, że refleks, balans, szybkość, tzw. "śliskość" jest, była i będzie domeną pięściarzy czarnoskórych. Nie oznacza to jednak, że przy zbliżonej reprezentacji pięściarzy ze Wschodu, utrzyma się dominacja "klepiących kontr-bokserów". Przyglądając się ringom amatorskim, nie licząc kilku ostatnich lat dużej dominacji bokserów z Europy Wschodniej, medale rozdawane były mniej więcej po równo. Oznacza to tyle, że trudno doszukać się wyższości jednego stylu nad drugim.

Idąc dalej tym tropem, żegnamy powoli głównego przedstawiciela czarnego kontr-boksu, wielkiego Floyda Mayweathera Juniora. Terence Crawford ma moim zdaniem wszystko, by wpisać się w gusta kibiców "Moneya". Trudno będzie mu zasiąść na tronie PPV, ale to już inna historia. Crawford to talent czystej wody, który dopiero nam się rozgrzewa. Kategoria junior półśrednia właściwie już jest jego; nie ma tam pięściarzy mogących realnie zagrozić temu fenomenalnemu kontr-bokserowi. Danny Garcia opuści niebawem limit 140 funtów; Lucas Matthysse, któremu nie sposób nie kibicować, nie powinien dla swojego dobra rywalizować z bokserem tej klasy defensywnego boksu. Mimo mojej nieskrywanej słabości do odmiennej filozofii prowadzenia walki, wpisującej się w reprezentowany przez zawodników ze Wschodu twardy boks ofensywny, pięściarstwo w wykonaniu Amerykanina cieszy moje oczy jak mało które.


W obronie mojego bohatera - Giennadij Gołowkin i jego "słabi" rywale (czerwiec 2015)

W zawodowym boksie poszukujemy bohaterów, każdy z nas innych i na swój indywidualny i niepowtarzalny sposób. Profesjonalne pięściarstwo pobudza naszą wyobraźnię, niczym u małych chłopców, pozwalając na chwilę zapomnienia. Otóż boks pozwala nam zapomnieć o tym, że małymi chłopcami byliśmy już dawno, a dzisiaj, przez większość dnia, dzielnie stawiamy czoła problemom dnia codziennego i to w pełnym wymiarze dorosłości. Z różnym skutkiem - na marginesie. Są wśród nas co prawda kibice małoletni, stosując kryteria metryki, stanowią oni jednak mniejszość. Zapominając o metryce, tę godzinkę dziennie (niektórzy kilka godzinek dziennie), wszyscy jesteśmy dzieciakami. Szukamy swojego „hero”, często na wzór i podobieństwo swoje. Nasz bohater musi walczyć tak, jak tego od niego oczekujemy. Jedni stawiają na siłę, doceniając przy okazji twardość i nieprzemakalność określonych bokserów. Inni jarają się zwinnością, szukając cech kocich u ludzi uprawiających szermierkę na pięści. Gama zawodników jest bardzo szeroka; od wyśmienicie wyszkolonych czarnoskórych defensorów, bazujących na atutach wynikających z ich cech fizycznych - Guillermo Rigondeaux, Erislandy Lara, czy Andre Ward - do nieprawdopodobnie silnych i usposobionych ofensywnie, jak Giennadij Gołowkin, Siergiej Kowaliow czy Roman Gonzalez. Jedni popisują się balansem ciała, szybkością, refleksem; inni nie patyczkują się z rywalami, dominując fizycznie w ringu w sposób bezwzględny i bezdyskusyjny. Asortyment pięściarski niezwykle szeroki; do wyboru, do koloru.

Jednym z głównych bohaterów mojej bajki jest najlepszy pięściarz wagi średniej, posiadacz korony WBA (to zaledwie jedna z czterech cenionych są na całym świecie) Giennadij Gołowkin. Będę szczery, jak to u małych chłopców bywa, otóż beczeć mi się chce... Jestem bliski zalania się łzami skrzywdzonego dziecka, kiedy czytam podobne opinie: - Jeżeli fani dobrze czują się z poziomem rywali Gołowkina (nie chcę tutaj niczego odbierać jego przeciwnikom, którzy starają się jak mogą); jeżeli fani i dziennikarze kreują go bez względu na wspomniany poziom i uważają, że to w porządku, to Gołowkin będzie kontynuował to, co robi i nadal będzie walczył z takimi a nie innymi rywalami – powiedział były mistrz wagi super średniej, uważany dotąd za najlepszego pięściarza tejże dywizji, Andre Ward. Takich opinii jest oczywiście cała masa; opinii niezrozumiałych, krzywdzących i nakierowanych na obniżenie wartości kazachskiego artysty nokautu. Tym razem swoją opinią podzielił się pięściarz, który być może kiedyś stanie w szranki z czempionem niższej dywizji. Inteligentnie - ale chyba jak nikt wcześniej, zdezawuował on wartość dotychczasowych osiągnięć Gołowkina. Prawda to czy fałsz?

W czerwcu 2011 roku "GGG" jako drugi znokautował znanego ze swojej wysokiej odporności na ciosy Kassima Oumę (bokser z Ugandy przegrał wcześniej przed czasem na początku swojej zawodowej kariery). Problemy z przelotem do Panamy i deficyt snu Kazacha, o czym jakiś czas temu wspomniał trener pięściarza, Abel Sanchez, dały się tego dnia w ringu we znaki mistrzowi WBA wagi średniej. Ouma przeżywał drugą młodość; sądzę, że trudniej byłoby o ten pojedynek, gdyby nie jego wcześniejsza postawa. Otóż bokser z Ugandy stoczył zaskakujący mecz - wyrównany pojedynek z czołowym, acz niedocenianym bokserem wagi junior średniej, faworyzowanym Vanesem Martirosyanem. Dyspozycja fizyczna pretendenta na ringu w Panamie nie miała odzwierciedlenia w jego niekorzystnym bilansie ostatnich walk (boxrec.com). Kazach szybko zorientował się w sytuacji, że tego dnia ma ewidentne problemy z szybkością i ruchliwością rywala i walkę sprowadził do „bitki”, balansującej na granicy zwarcia. Bardzo rozsądnie, biorąc pod uwagę okoliczności. Sanchez był zaniepokojony, kiedy mistrz schodził do narożnika po jednej z pierwszych rund. - Spokojnie, dam radę, będzie dobrze - miał uspokajać szkoleniowca Gołowkin. (Wcześniej pojawiły się wątpliwości, czy nie odwołać czasem walki...). I było dobrze; Kazach wygrał ten pojedynek, mimo niesprzyjającej aury, wynikającej z nie najwyższej dyspozycji, choć buźkę miał nieźle obitą. Co dopiero jego rywal... "Przechodzony" Ouma walczył u siebie i tego dnia, zbudowany "nowym otwarciem", dysponowany był jak złoto.

W kolejnym pojedynku Gołowkin mógł chcieć zatrzeć nie najlepsze wrażenie (tak; fani bazują głównie na efektach wzrokowych, nie pytając bokserów o przesłanki określonych wyborów w ringu), jakie pozostawił po walce z Oumą i w grudniu 2011 roku, lewą, czyli swoją słabszą ręką, już w pierwszej rundzie znokautował Lajuana Simona, wcielając się wcześniej w rolę snajpera-panczera rodem z kontr-boksu. Część z nas powinna pamiętać, że dwa lata wcześniej Simon powinien zostać ogłoszony zwycięzcą walki z Arturem Abrahamem. Nie był to wówczas optymalny „Król Artur”; miał mieć spore problemy z wagą, niemniej to Simon był tego dnia pięściarzem zasługującym na mistrzowski tytuł wagi średniej, należący do Artura Abrahama. Nim Simon spotkał się w ringu z Kazachem, stoczył jeszcze kilka kolejnych walk, w tym dwa zacięte i przegrane pojedynki z Sebastianem Sylwestrem oraz z Dionisio Mirandą (niejednomyślna przegrana). Jak potraktował go iście techniczny tego dnia Gołowkin, pamiętamy. To był majstersztyk kazachskiego panczera, będący w opozycji do wybitnie blisko-dystansowej postawy z Oumą.

Czy ktoś z nas narzekał, kiedy Sergio Martinez wygrywał przed czasem w zaciętej rywalizacji z Matthew'em Macklinem? Czy powinniśmy uznać, że Martin Murray jest słabszym pięściarzem od rywali Andre Warda? Brytyjczyk odstaje zapewne od Carla Frocha, lecz co do reszty byłych przeciwników wybitnego Amerykanina, w tym schodzącego Mikkela Kesslera, mam duże wątpliwości. Czy to sprawiedliwe, by do worka z napisem: „jeszcze z nikim nie walczył”, wrzucać Marco Antonio Rubio czy ówczesnego Daniela Geale’a? Moim zdaniem nie ma to nic wspólnego z obiektywną oceną rzeczywistości. Nikt przed debiutem Gołowkina w USA nie narzekał na poziom ówczesnej wagi średniej, choć było jasne, że nie jest on wybitnie wysoki. Nie można jednak pominąć poziomu dominacji Kazacha, który powinien przekładać się na ocenę jego pięściarskich możliwości, bez względu na wartość nazwisk w bilansie walk.

Limit 168 funtów, w tym przede wszystkim Andre Ward, bardzo dużo zyskali na pamiętnym turnieju Super Six. Dzisiejsza kategoria super średnia może być nieco mocniejsza niż wówczas, albo przynajmniej stać na tym samym poziomie. Mamy tu bowiem Jamesa DeGale'a, George’a Grovesa, Andre Dirrella, dwóch rewelacyjnych, choć mało znanych Brytyjczyków (Rocky Fielding i Callum Smith), mocnego Gilberto Ramireza czy Fiodora Czudinowa, odpowiadającego potencjałem Abrahamowi - byłemu rywalowi Warda. S.O.G powinien mieć ręce pełne roboty! Należy pamiętać o dywizji półciężkiej, do której być może przeniesie się złoty medalista olimpijski z Aten, a w niej o trzech prawdziwych tytanach, z czego jeden wschodzący. Z trudem przemawia do mnie parcie na pojedynek Amerykanina z Kazachem. Wmawianie jednakże ludziom, że Gołowkin z nikim sensownym dotąd nie walczył, jest według mnie co najmniej niesprawiedliwe, a tak naprawdę niepoważne, gdyż wskazujące na określone intencje wypowiadającego podobne osądy. Nie oznacza to naturalnie, że "GGG" walczył z wielkimi pięściarzami. Być może dopiero zmiana kategorii wagowej sprawi, że Kazach wpisze się w "magię nazwisk", tak fundamentalną z punktu widzenia dzisiejszego kibica. Powszechny dostęp do internetu, w tym do witryny Boxrec, zdecydowanie zmienił formułę i filozofię kibicowania. Trzymam kciuki za bohatera mojej bajki, bo zasługuje na uznanie jak mało który. Nim jednak Kazach dotrze do wyobraźni wszystkich, niemal bez wyjątku, nie raz jeszcze zaleję się łzami, w poczuciu krzywdy i niesprawiedliwości, wszak to typowe u małych chłopców.
Krystian Sander jest nieaktywny   Odpowiedź z Cytatem

stare 21-05-19, 18:07   #3 (permalink)
contender
  
 
Zarejestrowany: Jan 2013
Postów: 1107
Nominowany 0 razy w 0 Tematach
Art. Miesiąca - Nagród: 0
Domyślnie

Nie sądziłem że to już rok. Jak ten czas leci...
Fajny pomysł z tym wrzuceniem tekstów Adriana. Już zdążyłem zapomnieć jak świetne pióro miał i w jak interesujący sposób potrafił pisać o boksie. Części tekstów w ogóle nie znałem i nie czytałem, a dzieki temu mogłem je sobie przyswoić. Raptem wczoraj byłem zmuszony wracać z pracy środkami komunikacji miejskiej i co mi się chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło, tak się zaczytałem, że przegapiłem swój przystanek
junior_13j jest nieaktywny   Odpowiedź z Cytatem

stare 21-05-19, 21:10   #4 (permalink)
champion
  
 
Zarejestrowany: May 2008
Postów: 4942
Nominowany 0 razy w 0 Tematach
Art. Miesiąca - Nagród: 0
Domyślnie

Dzięki Krystian, zleciało..
kubuś jest nieaktywny   Odpowiedź z Cytatem

stare 22-05-19, 03:49   #5 (permalink)
champion
  
 
Zarejestrowany: Feb 2012
Postów: 2697
Nominowany 2 razy w 1 Temacie
Art. Miesiąca - Nagród: 0
Domyślnie

Napiszę szczerze: bardzo ceniłem Adriana jako serce tego portalu, człowieka kontrowersyjnego, mającego własne zdanie i chęć do czasem nieskończonej słownej konfrontacji. Jemu się rzeczywiście chciało, to była jego wielka pasja.

Chyba najbardziej lubiłem jego codzienny wkład do portalu, komentarze, dyskusje, rozmowy. Niekoniecznie felietony akurat, na pewno nie był obdarzony "lekkim piórem". Dobre parę lat pisania tutaj i praca nad sobą sprawiły, że jego robotyczny styl stawał się coraz gładszy, a prawie zawsze miał jakieś interesujące refleksje. Czasem pisał o czymś o czym miał średnie pojęcie, robił błędy, ale zawsze to było pełne emocji, było jakieś. Brakuje go tutaj, zarówno jako tęgiego znawcy boksu (nie tak ich wielu w kraju), jak i kogoś, kto ośmielał się głośno myśleć, prowokować, pisać głupstwa czasem, ale zawsze miałem wrażenie, że po drugiej stronie jest człowiek, wrażliwa istota.
Marek Cudek jest nieaktywny   Odpowiedź z Cytatem
Komentarz

Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady postowania
Nie możesz zakładać nowych tematów
Nie możesz pisać wiadomości
Nie możesz dodawać załączników
Nie możesz edytować swoich postów

BB Code jest Włączony
EmotikonyWłączony
[IMG] kod jest Włączony
HTML kod jest Włączony
Trackbacks are Włączony
Pingbacks are Włączony
Refbacks are Wyłączony

Skocz do forum

Podobne wątki
Temat Autor wątku Forum Komentarzy Ostatni post / autor
Pożegnanie Adriana Golca Wiechu Newsy 130 27-08-18 18:39
Gołowkin vs Jacobs - reportaż Boxing.pl Krystian Sander Publicystyka 0 23-03-17 11:22
Głos Boxing.pl Paweł Rozmytański Narożnik 0 29-04-16 18:40
Dołącz do rodziny BOXING.PL na portalach społecznościowych! Krystian Sander Newsy 1 08-12-15 20:12
Redakcja boxing.pl Paweł Rozmytański Redakcja 0 09-11-13 16:20


Czasy w strefie GMT +1. Teraz jest 21:14.


Powered by vBulletin® Version 3.8.2
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.