| 04-05-09, 10:01 | |||
|
Walki Boksu:
|
|||
|
|
#1 (permalink) | ||||||||||
Przykładów takich bokserów jest wiele: Peter Jackson, który nie dostał szansy walki z Jamesem E. Sullivanem, Sam Langford i Harry Wills, których najpierw unikał Jack Johnson, a później Jack Dempsey. Najbardziej bogate w niespełnionych bokserów były chyba jednak lata 40: Charley Burley, Eddie Booker, Jack Chase, Bert Lytell, Lloyd Marshall, Aaron Wade, Archie Moore, Holman Williams, Cocoa Kid, Jimmy Bivins – The Black Murderers’ Row. Określenie Murderers’ Row (ang. szereg morderców) pochodzi z początku XX wieku, gdy w ten sposób nazwano pierwszych sześciu pałkarzy drużyny baseballowej NY Yankees, którzy nie dawali zbyt dużych szans drużynie przeciwnej, uzyskując rekordowe liczby home runów. Znany amerykański pisarz, Budd Schulberg, zmodyfikował to określenie, dodając słowo black. The Black Murderers’ Row – grono czarnoskórych wybitnych, bokserów unikanych przez wszystkich mistrzów tamtych czasów, zmuszonych do walczenia między sobą, by zarabiać na życie, pozostających w cieniu innych, bardziej cenionych, medialnych i dochodowych, lecz niekoniecznie lepszych pięściarzy. W ten oto sposób chciałbym rozpocząć cały cykl, poświęcając każdy z odcinków jednemu pięściarzowi z grona The Black Murderers’ Row. W tym przedstawię osobę jednego z najbardziej wybitnych bokserów z całego tego grona – Charleya Burleya. -Charley Burley- W 1925 roku ojciec Charleya zmarł i matka postanowiła przenieść się wraz z dziećmi do Pittsburgha, gdzie 12-letni Charley zaczął treningi boksu w lokalnym Kay Boys Club. Poza boksem bardzo lubił też grać w baseball, co wychodziło mu równie dobrze jak uprawianie boksu. Podobno złożono mu nawet ofertę występów w barwach lokalnego klubu –Homestead Grays. Burley postawił jednak na boks. Bez większych problemów wygrywał wszystkie turnieje juniorskie. Najpierw turnieje miejskie, później stanowe, aż w końcu został zwycięzcą juniorskiego National Golden Gloves w wadze lekkiej.
W turniejach seniorskich Burley także radził sobie bardzo dobrze. Wygrał National Golden Gloves w kategorii półśredniej, a w mistrzostwach USA dopiero w finale przegrał z Leo Sweeneyem. W 1936 roku zrezygnował z udziału w kwalifikacjach na olimpiadę w Berlinie w związku z rasowymi i religijnymi prześladowaniami, które miały miejsce w Niemczech. Wtedy zaproponowano mu reprezentowanie USA na Turnieju Pracownika w Hiszpanii. Niestety na dzień przed rozpoczęciem zawodów w Hiszpanii wybuchła wojna domowa i Burley musiał wrócić do domu. Wtedy postanowił przejść na zawodowstwo i nigdy nie było mu dane reprezentowanie własnego kraju. Burley zadebiutował na zawodowym ringu 29 września 1936 roku, gdy pokonał przez klasyczny nokaut w czwartej rundzie George'a Ligginsa. Wygrał także 11 kolejnych walk, ale niespełna rok po zawodowym debiucie poniósł pierwszą porażkę w zawodowej karierze w walce z bardzo solidnym i doświadczonym Eddiem Dolanem. Po 3 kolejnych zwycięskich pojedynkach znowu przyszła porażka, ale po pierwsze - po raz kolejny z nie byle kim, bo z samym Firtziem Ziviciem – późniejszym mistrzem świata, który wygrywał z takimi tuzami, jak Jake LaMotta czy Henry Armstrong, a po drugie – porażka ta była bardzo wątpliwa. Zresztą dwa miesiące później Burley dostał okazję do zrewanżowania się Zivicowi i tym razem nie pozostawiając żadnych wątpliwości, pokonał go wyraźnie na punkty. W sierpniu 1938 Burley po raz pierwszy zmierzył się z innym bokserem zaliczanym do szeregu morderców. W walce o tytuł mistrza świata kolorowych w kategorii półśredniej zmierzył się z Louisem Cocoa Kidem. Kid, mimo zaledwie 25 lat, był już w tamtym czasie niezwykle doświadczonym bokserem z ponad 130 walkami na koncie, a wśród nich były trzy cenne zwycięstwa nad znakomitym Holmanem Williamsem. Po bardzo dobrej i ciekawej walce, podczas której Cocoa Kid dwukrotnie lądował na deskach, a w ostatniej rundzie walczył o przetrwanie, wyraźnie na punkty zwyciężył Burley. W maju 1938 roku Henry Armstrong, uważany za jednego z najlepszych bokserów w historii, wywalczył tytuł mistrza świata kategorii półśredniej. Ponieważ czarnoskóry pięściarz zostałem mistrzem świata, tytuł dla kolorowych przestał mieć znaczenie. Burley nigdy go nie bronił i już nikt więcej o niego nie zawalczył. Pod koniec roku Burley dodał do swojego rekordu nazwisko jeszcze jednego przyszłego mistrza świata, gdy po 10 rundach pokonał wyraźnie na punkty Billy’ego Scoose’a. Dało mu to czwarte miejsce w rankingu kategorii półśredniej. Po kolejnym zwycięstwie na początku roku 1939, odniesionym nad Sonny Jonesem, Burley musiał poddać się zabiegowi przeszczepu kości, co zmusiło go do półrocznej przerwy w boksie. W pierwszej walce po powrocie, będąc daleko od swojej szczytowej formy, Burley przegrał z weteranem Jimmym Letą, któremu później za tę porażkę się zrewanżował. Jeszcze w tym samym miesiącu ponownie pojawił się na ringu, by po raz trzeci i ostatni zmierzyć się z Fritzem Ziviciem. Tym razem Burley zupełnie zdominował rywala, a jeden z dziennikarzy, relacjonując walkę, napisał: Zivicowi było tak daleko do Burleya, że potrzebowałby teleskopu żeby go zobaczyć. Niestety to nie Burley, tylko Zivic, który był notowany niżej, dostał szansę walki o tytuł mistrza świata i rok po porażce z Burleyem pokonał wielkiego Henry’ego Armstronga. Luke Carney, menadżer Zivica, zdecydował się na ruch, który okazał się bardzo sprytnym, ale jednocześnie godnym potępienia zagraniem. Wykupił kontrakt Burleya, a mając wpływ na dalsze losy jego kariery, trzymał go jak najdalej od Zivica, jednocześnie usuwając Charleya w cień bokserskiego światka i zmuszając go do walczenia w kategorii średniej. W grudniu 1939 roku doszło do pierwszej z siedmiu walk Burleya z Holmanem Williamsem – innym wielkim z szeregu morderców. Walka zakończyła się nieznacznym zwycięstwem Williamsa, ale w głównej mierze z powodu nieszczęścia, jakie spotkało Burleya, gdy w dziewiątej rundzie wybił sobie bark. Boksując jedną ręką, nie był w stanie dorównać rywalowi i przegał 6 z 7 ostatnich rund. Do czasu kontuzji Burley był bokserem wyraźnie lepszym, szczególnie zaznaczając swoją przewagę w rundzie czwartej, gdy trzykrotnie posyłał rywala na deski. Po tej dosyć pechowej przegranej, przyszła cała seria wygranych nad tak solidnymi rywalami, jak Nate Bolden, Carl Dell, Georgie Abrams czy Kenny LeSalle, zakończona dopiero przez jednego z najbardziej niedocenianych bokserów tamtego okresu – świetnego Jima Bivinsa. Burley nie potrafił sobie poradzić z cięższym i silniejszym rywalem, który później bardzo udanie występował na ringu jako bokser kategorii ciężkiej, ustępując mu w 7 z 10 rund, i przegrał na punkty.
Po tej porażce i ośmiu kolejnych wygranych pojedynkach Burley pod koniec 1941 roku postanowił przenieść się wraz ze swoją żoną i córką do Minnesoty. Tutaj jego nowy menadżer – Bobby Eton i promotor – Tommy O’Loughlin mieli doprowadzić go do walki o mistrzostwo świata. Burley dostał specjalne pozwolenie od Stanowej Komisji na walkę w każdej kategorii wagowej powyżej swojej własnej i rozpoczął najbardziej aktywny rok w swojej zawodowej karierze. W ciągu 12 miesięcy zawalczył 17 razy i prawie za każdym razem był to rywal z najwyższej półki. Pokonał m.in. Shorty’ego Hogue’a, który dwukrotnie zwyciężył słynnego Archiego Moore’a, Lloyda Marshalla czy Eddiego Bookera. Później zwyciężył Jackiego Burke'a, a także nieco mniej uzdolnionego brata bliźniaka Shorty’ego – Big Boy Hogue’a 26 lutego 1942 przyszedł czas na rewanż z Holmanem Williamsem. Williams, podobnie jak Burley, miał świetną passę. Od czasu ich pierwszej walki stoczyl 29 pojedynków, z których przegrał tylko dwa. W dodatku kilka tygodni wcześniej pomścił jedną z tych porażek, wygrywając ze znakomitym Cocoa Kidem. To jednak Burley, który tym razem nie miał żadnych problemów z kontuzjami, wypunktował rywala na dystansie dziesięciu rund i udanie zrewanżował się rywalowi, dzięki czemu dodał do swojego resume jedno z cenniejszych zwycięstw. Ponieważ Burley cały czas był jednym z najbardziej unikanych bokserów i nikt nie chciał dać mu szansy walki o tytuł mistrza świata, jego menadżer zdecydował się na niezwykle ryzykowne posunięcie – zorganizował mu walkę z bokserem wagi ciężkiej – JD Turnerem. Przy mierzącym 191 cm wzrostu i ważącym 100 kg Turnerze Burley (175 cm/68 kg) wyglądał jak dziecko. Turner co prawda nie był żadnym wybitnym bokserem, ale po jego poprzedniej walce, w której nieznacznie przegrał z cenionym Billym Connem (późniejszym pretendentem do tytułu mistrza świata wagi ciężkiej), zrobiło się o nim głośno i w razie zwycięstwa nad Burley’em Turner miał się zmierzyć z Bobem Pastorem – dwukrotnym rywalem Joe Louisa. W tamtych czasach bokserzy wagi ciężkiej walczyli w większych, 8-uncjowych rękawicach, a Burley, który walczył głównie w kategorii półśredniej, używał rękawic 6-uncjowych. Dlatego nalegał, by pozwolono mu na walkę w mniejszych rękawicach niż jego rywal. Komisja nie wyraziła jednak zgody. Żaden dziennikarz nie wierzył, że ten mały człowiek, w dodatku zmuszony do walki w większych, bardziej amortyzujących ciosy rękawicach, jest w stanie zrobić krzywdę temu większemu. Zastanawiali się też, czy to możliwe, żeby ten duży przez całą walkę nie trafił chociażby jednym mocnym ciosem i nie zmiótł tego małego z ringu. Jednocześnie byli pod wrażeniem spokoju i pewności siebie Burleya. Dick Callum z Mineapolis Times napisał: Mówi z taką pewnością, że nie sposób mu nie uwierzyć. Sports Illustrated zacytował wypowiedź Burleya przed walką: Nie widzę żadnego problemu w walce z bokserami wagi ciężkiej. Są więksi, więc jest więcej możliwości w ataku. Sama walka okazała się niezwykle jednostronnym pojedynkiem – Burley zmasakrował rywala. Lewy prosty siał spustoszenie na twarzy Turnera, a prawe sierpowe nad lewą ręką i lewe haki na wątrobę odbierały mu chęć do życia. Turner nie był w stanie poradzić sobie ze znakomitą obroną Burleya, a jego twarz przypominała krwisty stek. Po pięciu rundach chciał się już poddać, mówiąc, że jego brzuch jest pełen krwi. Narożnik namówił go na jeszcze jedną rundę, po której nikt już nie miał wątpliwości, że pojedynek trzeba przerwać. Tak wiele lat później skomentował tą walkę Turner: Ten mały gnojek pobił mnie do nieprzytomności. Obudziłem się w szatni. To nie był z resztą jedyny przypadek nokautu Burleya na bokserze kategorii ciężkiej. Burley znokautował na sparingu notowanego w tamtym czasie na czwartym miejscu Elmera Raya. Wydawało się, że po tym zwycięstwie nadejdą lepsze czasy dla Burley’a. Walka z Turpinem cieszyła się sporym zainteresowaniem i Charley zyskał dzięki niej sporo rozgłosu. Tommy O’Loughlin za wszelką cenę chciał doprowadzić do walki swojego podopiecznego z Freddiem Cochrane’em, który pokonał Fritziego Zivicka i został nowym mistrzem świata kategorii półśredniej. Złożył jego menadżerowi ofertę walki, zgodnie z którą Burley nie dostałby za walkę ani centa. Nawet nie otrzymał odpowiedzi. Próbowano też doprowadzić do walki z Billym Connem – dwukrotnym pretendentem do tytułu mistrza świata wagi ciężkiej. O’Loughlin złożył propozycję menadżerowi Conna – Johnny’emu Rayowi, zgodnie z którą Conn miałby zagwarantowane 10,000 $ plus wysoki procent zysków ze sprzedanych biletów. Oferta także została odrzucona. Walki z Burleyem unikał także słynny Tony Zale – mistrz świata kategorii średniej, z pochodzenia Polak, znany także jako Antoni Załęski, którego menadżer nie chciał nawet podjąć negocjacji w sprawie tego pojedynku. 30 kwietnia 1942 roku Burley znokautował w drugiej rundzie George Wilsona. Walka sama w sobie nie jest godna wspomnienia, bo Wilson był bokserem bardzo przeciętnym, jednak tego samego dnia, na tym samym ringu wystąpił także słynny Sugar Ray Robinson. Sugar był już w tamtym czasie niezwykle cenionym bokserem z licznymi sukcesami. Pokonał między innymi mistrza świata wagi lekkiej, Sammy’ego Angotta, w walce non-title – mistrza świata kategorii półśredniej, Marty’ego Servo (Servo wywalczył ten tytuł w walce z Cochranem), i dwukrotnie Fritziego Zivica. Burley (50-5-1) – 25 lat, 175 cm, ok. 69 kg i Robinson (30-0) – 21 lat, 180 cm i ok. 66 kg – w tamtym czasie byli dla siebie naturalnymi przeciwnikami. Tommy O’Louglin oczywiście zabiegał o tą walkę, ale nie chciał o niej słyszeć sam Robinson, który stojąc przy ringu i oglądając w akcji Burleya miał powiedzieć do swojego menadżera: Jestem za ładny, żeby z nim walczyć. Od połowy tego najbardziej pracowitego roku w karierze Burleya zaczęła się prawdziwa droga przez piekło. Od ostatnich dni maja do pierwszej połowy grudnia stoczył siedem walk, a w sześciu z nich rywalem był bokser wybitny. 25 maja 1942 zmierzył się z bokserem, który jako jedyny w historii okazał się niezaprzeczalnie, bezdyskusyjnie lepszy od Burleya – słynnym Ezzardem Charlesem – prawdopodobnie najlepszym bokserem kategorii półciężkiej w historii, a także późniejszym mistrzem świata wagi ciężkiej, który zdetronizował Joe Louisa. Burley nie był w stanie sobie poradzić ze sporo wyższym, cięższym, silniejszym i mocno bijącym rywalem. 20-letni i mało znany w tamtym czasie Charles wygrał wyraźnie, co było przyjęte jako spora niespodzianka. Mówiono nawet, że Burley się Charlesowi podłożył. Nie ma jednak na to żadnych dowodów, a tego typu przypuszczenia są prawdopodobnie efektem tego, że wynik dla większości widzów był ogromnym zaskoczeniem. Niespełna miesiąc po tej dotkliwej porażce Burley po raz trzeci zmierzył się z Holmanem Williamsem i po raz drugi wygrał pewnie na punkty. Wtedy zaproponowano mu walkę rewanżową z Charlesem – zaledwie sześć (!) dni później. Oferta została przyjęta, a efektem tego była 10-rundowa powtórka z ich pierwszej walki. Po sześciu tygodniach doszło do czwartej walki z Williamsem. Po pasjonujących, wyrównanych pierwszych ośmiu rundach tego pojedynku Burley zmiażdżył Williamsa w dziewiątym starciu. Rywal doznał kilku rozcięć na twarzy, krwawił z nosa i z ust, a lewe oko miał praktycznie zamknięte. Walkę zatrzymano, Burley odniósł wspaniałe zwycięstwo, a Williams po raz pierwszy w karierze przegrał przed czasem. Dwa miesiące później doprowadzono do piątej walki pomiędzy Burleyem i Williamsem. Walka odbyła się w Nowym Orleanie, gdzie wywodzący się z południa Williams miał dużo więcej fanów. Tempo walki narzucał Burley, który był stroną atakującą i wywierał presję na walczącym na wstecznym rywalu. Po 15 rundach dosyć wyrównanej i trudnej do punktowania walki sędziowie przyznali zwycięstwo Williamsowi, ale werdykt równie dobrze mógł pójść w drugą stronę. Zdaniem wielu dziennikarzy obecnych przy ringu Burley był lepszy w 9 z 15 rund i zasłużył na zwycięstwo. Kto wie czy decydującego wpływu na werdykt sędziowski nie miała opowiadająca się za Williamsem publiczność. Po łatwiejszym zwycięstwie nad Cecilo Lozadą Burleyowi przyszło się zmierzyć z jeszcze jednym wielkim niedocenianym tamtych czasów – Lloydem Marshallem (zdjęcie poniżej). Burleyowi dała się we znaki zabójcza częstotliwości niezwykle ciężkich walk z wymagającymi rywalami i do tego pojedynku przystąpił z poważną kontuzją ręki. By przejść kontrolę medyczną przed walką, przez 24 godziny trzymał prawą rękę w lodzie, by zredukować opuchliznę. Jak napisał Herald Express, Burley był w tej walce w zasadzie jednoręki. Mimo to radził sobie całkiem nieźle. Co prawda wylądował na deskach w pierwszej rundzie, ale ciosy dużo silniejszego rywala nie zrobiły na nim większego wrażenia. Po 15 rundach sędziowie niejednogłośnie przyznali zwycięstwo Marshallowi. Większość zgodziła się z tą decyzją, chociaż byli też tacy, którzy widzieli wyraźne zwycięstwo Burleya. Warto jednak przede wszystkim zwrócić uwagę na to, że po raz drugi Burley walcząc z poważną kontuzją, w znaczącym stopniu ograniczającą jego poczynania na ringu, nawiązał wyrównaną walkę z bardzo dobrym rywalem i odniósł nieznaczną i raczej wątpliwą porażkę.
Marshall niestety nigdy nie dał rewanżu swojemu dzielnemu rywalowi. Zresztą bardzo możliwe, że Burley się do walki rewanżowej wcale nie kwapił, bo nazywał Marshalla najtrudniejszym rywalem, z jakim przyszło mu się zmierzyć. Ponieważ podróże na dystansie dziesiątek tysięcy mil miały negatywny wpływ na Burleya, O’Louglin zadecydował o przenosinach do Kalifornii, gdzie walczyli w tamtym czasie tak znakomici bokserzy, jak Jack Chase, Lloyd Marshall, Eddie Booker, Billy Smith, Archie Moore czy Aaron Wade. Po łatwiejszej walce z Harveyem Masseyem Burley dostał walkę z Jackiem Chase’em, który miesiąc wcześniej pokonał w walce o tytuł mistrza stanu Eddiego Bookera. Burley pokonał Chase’a wyraźnie na punkty, ale tytułu mistrza stanu nie wywalczył, bo nie był on stawką walki. Zaledwie dwa tygodnie później, po ciężkim, wyrównanym pojedynku przyszło minimalne zwycięstwo nad Aaronem Wade'em, a jeszcze miesiąc później Burley odnotował remis z Cocoa Kidem, którego kilka miesięcy wcześniej pokonał. Zdaniem obserwatorów Burley został ograbiony ze zwycięstwa w tym pojedynku. 14 maja 1943 przyszedł czas na szóstą walkę z Holmanem Williamsem. Po dziewięciu bardzo dobrych rundach w wykonaniu Burleya doszło do skandalu. Sędzia w dziesiątej rundzie na dwie minuty przed końcem walki przerwał pojedynek i ogłosił go za nieodbyty z powodu zbyt dużej pasywności bokserów, tym samym odbierając Burleyowi pewne zwycięstwo. Po trzech kolejnych wygranych nad: Bobbym Birchem, Bobbym Bergerem i drugim już zwycięstwie nad Aaronem Wade'em Burley zmierzył się po raz kolejny z Jackiem Chase’em. Tym razem stawką pojedynku był pas mistrza Kalifornii, a Burley poradził sobie jeszcze lepiej, dominując nad rywalem, posyłając go na deski w czwartej rundzie, a później nokautując w dziewiątej. Była to pierwsza porażka Chase'a przez nokaut. Piętnaście dni po tym bardzo udanym występie Burley stanął przed jednym z największych wyzwań w swojej karierze – zmierzył się ze słynnym Archiem Moore’em. Chciałem pokrótce opisać dokonania tego boksera, ale nie jest to możliwe. Był to po prostu jeden z najwybitniejszych – jeśli nie najwybitniejszy – pięściarz w historii. Burley został ściągnięty na tę walkę w zastępstwie tego samego dnia, którego miała się odbyć walka. Ponieważ nie był w stanie wyżyć z samego uprawiania boksu, bo dochodowi rywale, a tym samym duże wypłaty omijały go szerokim łukiem, podjął się pracy w fabryce samolotów. To właśnie tam podczas normalnego roboczego dnia znalazła go wiadomość o wale z Moore’em. Burley rozpoczął walkę rewelacyjnie, posyłając Moore’a na deski już w pierwszej rundzie, a następnie w trzeciej i czwartej. W późniejszych rundach cały czas kontrolował pojedynek, a w ostatniej – dziesiątej – prawie znokautował rywala. Zabrakło jednak mocy na naturalnie większego przeciwnika i ten dotrwał do końca walki. Inna wersja mówi, że Burley nie przepadał za Moore’em, podobnie jak za innymi przemądrzałymi, cwaniakowatymi bokserami, i świadomie znęcał się nad nim przez dziesięć rund. Nigdy nie dowiemy się, jak było naprawdę, faktem natomiast jest to, że obydwaj bokserzy zostali później dobrymi kolegami. Moore, który w swojej karierze mierzył się z takimi rywalami jak Marciano czy Muhammad Ali, zawsze powtarzał, że Burley to najlepszy bokser z jakim kiedykolwiek przyszło mu się zmierzyć – trudno o większe wyróżnienie niż taki komplement z ust Archiego Moore’a. Przez kolejny rok Burley wygrywał z każdym, z kim znalazł się w ringu – m.in. po raz trzeci, a drugi przed czasem, pokonał Jacky’ego Chase'a w pierwszej obronie tytułu mistrza Kalifornii. Serię 15 walk i 2,5 roku bez porażki przerwał dopiero stary znajomy Burleya– Holman Williams. Było to już siódme starcie obydwu dżentelmenów i – jak się później – okazało ostatnie. Tym razem po wyrównanej 12-rundowej walce lepszy okazał się Williams i można powiedzieć, że rywalizacja między tymi dwoma wielkimi bokserami zakończyła się remisem 3-3-1. Z pewnością jest to jednak remis ze wskazaniem na Burleya. Po porażce z Williamsem trudno jest dopatrzeć się większych sukcesów w karierze Burleya. Dalej wygrywał pojedynki, często z dobrymi rywalami (m.in. po raz trzeci z Aaronem Wade'em), ale nie sposób nie odnieść wrażenia, że jego kariera stała w miejscu. Cały czas brakowało większych wyzwań, walk o wyższą stawkę i tak zostało już do końca kariery. Niewiele brakowało, by Burley w końcu dostał swoją szansę na udowodnienie światu tego, jak wspaniałym jest bokserem. Umowę na walkę z nim podpisał Sugar Ray Robinson. Do pojedynku miało dojść w maju 1946 roku. Robinson, który po pokonaniu wielu cenionych rywali, był już uważany za jednego z najlepszych bokserów na świecie (ale cały czas nie dostał walki o tytuł mistrza świata i nie zarobił dużych pieniędzy) został skuszony gażą, jaką mu zaproponowano za wejście do ringu z Burleyem – ok. 25 tys. $. Mimo że takich pieniędzy Sugar Ray nie widział jeszcze na oczy, po raz drugi nie skusił się na ten pojedynek, żądając jeszcze większych, nierealnych sum. Burley nie miał mu tego za złe: Nie dziwię się, że nie chciał ze mną walczyć, i nie mam do niego pretensji. Wiem, że bym z nim wygrał, i on też to wie. Innym razem na to samo pytanie Burley miał odpowiedzieć: Nie, nie mam do niego pretensji. Pewnego dnia Bóg zapytał mnie i Walkera Smitha [ prawdziwe nazwisko Robinsona – red.], który z nas chce zostać Sugarem Rayem Robinsonem, a ja po prostu za późno podniosłem rękę. Znany amerykański dziennikarz, Walter Winchell, powiedział kiedyś do Sugar Raya, że powinien zawalczyć z Burleyem. Sugar odpowiedział: Walter, myślałem, że jesteś moim przyjacielem. Sam Burley powiedział kiedyś, że dostał jeszcze jedną propozycję walki z Robinsonem. Obiecano mu trzy walki z tym bokserem pod warunkiem, że w pierwszej z nich podłoży się rywalowi. Burley uniósł się jednak honorem i tę propozycję odrzucił. W tamtych czasach tego typu propozycje były niemal codziennością, co bardzo wypaczało rywalizację sportową, a dzisiaj znacznie utrudnia nam ocenę tamtych bokserów. Chociażby wyniki walk LaMotty były bardzo często ustawione. Innym przykładem jest Cocoa Kid, który w zasadzie utrzymywał się z oddawania zwycięstw. Burley z pewnością nigdy nikomu zwycięstwa nie oddał, co paradoksalnie mogło zaszkodzi jego karierze. Po wycofaniu się Robinsona próbowano namówić Marcela Cerdana (być może najbardziej utalentowanego europejskiego boksera kategorii średniej w historii) na to, by w swoim amerykańskim debiucie zawalczył właśnie z Burleyem. Cerdan odwiedził nawet gym, w którym trenował jego potencjalny przeciwnik. Burley nie zauważył obecności Cerdana i jak zawsze ośmieszył swojego sparingpartnera. Cerdanowi nie spodobało się to, co zobaczył, i zdecydował się na walkę z dużo bezpieczniejszym Georgiem Abramsem. O walce z Burleyem nie chciał też słyszeć Jake LaMotta, który uchodzi za jednego z najodważniejszych bokserów w historii. Wściekły byk miał powiedzieć: A do czego on jest mi potrzebny? Mam Zivica. Lloyd Marshall, który stoczył z kontuzjowanym Burleym wyrównany pojedynek, miał także okazję zmierzyć się z LaMottą. Po dosyć wyrównanej walce zwyciężył na punkty. Potem mówił, że jego zdaniem Burley z łatwością pokonałby LaMottę. Burley do końca kariery nie dostał już żadnej większej szansy. Wygrał 83 walki, z czego 50 przez nokaut. Przez cała lata 40 był w pierwszej dziesiątce rankingów – zarówno w kategorii półśredniej, jak i średniej. Mimo to nigdy nie dostał swojej szansy. Nie był w stanie utrzymać się z boksu (najwyższa wypłata w karierze to ok. 2000 $). Musiał szukać sobie codziennej pracy w fabrykach, a gdy i to się nie udawało, to rachunki opłacał z tego, co zarobił na… zbieraniu śmieci. Dlatego w wieku 33 lat postanowił porzucić sport, który kochał, ale który go przez całą dekadę ignorował, i zająć się czymś, co pozwoliłoby mu na utrzymanie rodziny. W 1992 roku Burley został włączony do International Boxing Hall of Fame. Nie dożył jednak tego zaszczytu – zmarł kilka miesięcy wcześniej. Dlaczego Burley był pięciarzem wybitnym? Ktoś może powiedzieć, że Burleya unikali najlepsi bokserzy, co wcale nie musi znaczyć, że by ich pokonał i ten ktoś miałby sporo racji. Biorąc jednak pod uwagę opinie bokserów, którzy mieli okazję się z nim zmierzyć, trenerów i dziennikarzy, którzy oglądali jego walki, biorąc pod uwagę liczbę zwycięstw nad znakomitymi rywalami, w tym takie perełki jak deklasacja rewelacyjnego Archiego Moore’a, a w końcu analizując jedyne nagranie jego walki (z Oklandem Billym Kidem), które przetrwało do naszych czasów, trzeba Burleya uznać za prawdziwego geniusza, a tego, że był prawdopodobnie najbardziej unikanym bokserem w historii, nie można nazwać przypadkiem. Burley był jednym z najwybitniejszych bokserów wszech czasów, który nigdy nie został właściwie doceniony. Tym, co wyróżnia go wśród innych pięściarzy, jest niezwykły styl walki oparty na znakomitej obronie (nigdy nie został znokautowany). Moore powiedział o nim: Slick as lard and twice as greasy, co świetnie oddaje styl walki Burleya. Był on niezwykle sprytnym i inteligentnym bokserem. Miał znakomite ruchy głową i ramionami. Potrafił unikać ciosy rywali minimalnym nakładem sił, wykonując niewielkie ruchy ciała, a jego kontry był zabójcze. Powstał bardzo dobry film analizujący geniusz Burleya, zmontowany na podstawie jego walki z Oklandem Billym Kidem. Styl, w jakim Burley radzi sobie ze znacznie większym i silniejszym rywalem, robi ogromne wrażenie:
On miał wszystko, czego można wymagać od boksera. Umiał boksować, potrafił też uderzyć i był bardzo sprytny. Nie ruszał się dużo w ringu, ale powodował, że jego rywal mijał cel o pół centymetra i zawsze był gotowy do kontry. Był niezwykle precyzyjny, a jego ciosy miały ogromną moc. Burley miał za dużo, żeby jego rywale mogli się z nim równać. Bokserzy, którzy go pokonali, zawsze byli od niego więksi, przeważnie byli to półciężcy. Larry Kent, trener Robinsona, przyznał, że nie byłby pewien zwycięstwa swojego podopiecznego w walce z Burleyem: Nikt nie chciał z nim walczyć. To był jedyny bokser, do walki z którym nie chciałem dopuścić Sugar Raya. On był znakomitym defensywnym bokserem, najlepszym w swojej erze. Nikt nie mógł go trafić. Potrafił też uderzyć z obydwu rąk z potworną siłą, a jego umiejętności bokserskie były niesamowite. Archie Moore uważał Burleya za najlepszego boksera w historii: Walczenie z Charleyem Burleyem było w zasadzie nieludzkie. To był ludzki maszyn karabinowy – z taką prędkością wyprowadzał ciosy i tak był niebezpieczny. To był najlepszy bokser, z jakim walczyłem, i najlepszy, jakiego kiedykolwiek widziałem. Pamiętam, że zanim się z nim zmierzyłem, nie byłem nim zachwycony. Wiedziałem, że wszyscy się go bali, krążyły historie o tym, jak na sparingach spuszczał lanie bokserem z kategorii ciężkiej, ale ja się go nie bałem. Jednak tej nocy w Hollywood Burley robił rzeczy, jakich nigdy nie widziałem. Uchodziło mu na sucho to, co innych by zabiło. Trzymał ręce nisko i potrafił cię zmylić ruchem głowy, rąk, ramion, kolan… Jednak rzeczą, która najbardziej utkwiła mi w głowie, był sposób, w jaki łamał prawo ciążenia. Potrafił odchylić się do tyłu na piętach i spowodować, że go nie trafisz. Wtedy myślałeś, że on traci równowagę, że w takiej pozycji nie rozbiłby nawet jajka, i wtedy dostawałeś niespodziankę – Burley potrafił cię znokautować na śmierć z tej pozycji, i do tego potrafił to zrobić z obu rąk. Bywałem pobity w innych walkach – popatrzcie na mój rekord, biłem się z setkami bokserów, kilka razy lądowałem na deskach, ale nigdy nie przegrałem tak jak z Burleyem. Miał mnie na deskach kilka razy, ale, co ważniejsze, on mnie ograł czysto boksersko, ośmieszył mnie. To jest coś, czego nie potrafię zrozumieć, bo nikt nigdy wcześniej ani później nie był w stanie tego dokonać. Osobiście uważam, że Charley Burley byłby w stanie pokonać Raya Robinsona, nawet w jego szczytowej formie. Latem 1945 roku Burley został zatrudniony jako trener dla amatorskich bokserów w Long Beach w Kalifornii, gdzie przypadkiem Joe Louis dawał pokazowe walki. Kiedy Joe dowiedział się, że na miejscu jest Burley, koniecznie chciał go poznać. Podobno Louis powiedział do Burleya: Jestem mistrzem świata, ale ty jesteś najlepszym bokserem, jakiego kiedykolwiek widziałem. Powiedział coś więcej, ale relacje świadków są odmienne. Według pierwszej wersji: Nie zawalczyłbym z tobą, wiesz dlaczego? Bo bym cie posadził na tyłku. Druga: Nie zawalczyłbym z tobą, wiesz dlaczego? Bo posadziłbyś mnie na tyłku. Nigdy nie dowiemy się, co naprawdę powiedział wtedy Louis. Tak samo nigdy nie dowiemy się, jak bardzo wybitnym bokserem był Burley. Nikt nie powinien mieć jednak wątpliwości, co do tego, że był to bokser wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju i jeden z najlepszych w historii. Mam nadzieję, że nawet jeśli ten tekst nikogo co do tego nie przekona, to przynajmniej część osób zapozna się z jego historią. Dajcie znać w komentarzach, czy dotrwaliście do końca. . Ostatnio edytowane przez Tomasz Siwko ; 02-26-2010 o 15:49 |
|||||||||||
|
|
|
||||||||||
|
|
#8 (permalink) |
|
champion
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Zarejestrowany: Oct 2008
Skąd: olsztyn
Postów: 3696
Bet Cash: 9999 Nominowany 74 razy w 14 Tematach
Art. Miesiąca - Nagród: 5 |
Podobnie jak ty klasyfikowalbym go raczej w MW
Ty tez go w top 10 welter nie uwzgledniles
Ostatnio edytowane przez Tomasz Siwko ; 02-26-2010 o 15:52 |
|
|
|
|
|
#9 (permalink) | |
|
Cytat:
Jaffay: "Umieściłem na #10 Walkera bo uznałem, że po prostu powinien tam być ale równie dobrze mógłbym tam umieścić Hearnsa, Burleya, Rossa, Ryana czy McLarnina. Samego Mickeya ciężko przywiązać do jednej wagi, bił się z najlepszymi od półsredniej do ciężkiej! Nie wiem czy kiedykolwiek stworzę listę najlepszych pięściarzy w 147, której będę pewny i nie zmienię:d za dużo diamentów, podobnie z półciężką" A w MW znalazłbyś miejsce dla Charleya? Ostatnio edytowane przez Jaffay ; 02-26-2010 o 16:02 |
||
|
|
|
|
|
#10 (permalink) |
|
champion
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Zarejestrowany: Oct 2008
Skąd: olsztyn
Postów: 3696
Bet Cash: 9999 Nominowany 74 razy w 14 Tematach
Art. Miesiąca - Nagród: 5 |
Mysle, ze tak, ale pamietam ze mialem na tyle duze problemy z ulozeniem dziesiatki ze sobie odpuscilem. Za duzo dobrych bokserow...
|
|
|
|
![]() |
| Tagi |
| black, murders', vol. |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
|
|