View Single Post

stare 27-06-20, 14:18   #1 (permalink)
Marek Cudek
champion
  
 
Zarejestrowany: Feb 2012
Postów: 3642
Nominowany 141 razy w 36 Tematach
Nominated Art. Miesiąca - Nagród: 13
Domyślnie "Pięści anioła" - recenzja książki o Zbigniewie Pietrzykowskim



Pamiętam Leszka Błażyńskiego Seniora jako wybitnego pięściarza w czasach, w których nie dziwiły ani trzy złota na Mistrzostwach Europy, ani to, że w lidze walczyli ze sobą medaliści największych imprez. Duma Ełku, importowany do BBTS Bielsko, był tam jedynym bokserem z dużymi osiągnięciami i najważniejszym podopiecznym trenera Pietrzykowskiego. Gdy Pietrzykowski sekunduje, to Błażyński nokautuje - tak pisała polonijna prasa o najlepszym zawodniku meczów Polska-USA. Dwie potężne osobowości. "Ziggy" należał do liderów kadry Stamma, Leszek wychodził daleko poza schematyczne wyobrażenie o typowym pięściarzu.

[...] pasjonowała go również literatura. W dwupokojowym mieszkaniu obok trofeów i setek płyt gramofonowych, które kolekcjonował, półki uginały się od książek. Szczególnie cenił polskiego pisarza Tadeusza Boy-Żeleńskiego. Po ciężkich treningach po powrocie do domu puszczał muzykę klasyczną lub jazz i zaczytywał się w poezji. Sam również pisał wiersze, czym zaskakiwał swoich kolegów. W późniejszym okresie zainteresował się również malarstwem.


Od lewej: Leszek Błażyński i Zbigniew Pietrzykowski


Przyczyną konfliktu między Pietrzykowskim a Błażyńskim była zwykła błahostka, ostatecznym efektem było odejście trenera z klubu, który mając trudny wybór, postawił na przynoszącego mnóstwo punktów ligowych pięściarza. Co zaskakujące, właśnie jego syn - Leszek Błażyński Junior został autorem pierwszej biografii dotyczącej Zbigniewa Pietrzykowskiego.

Lepszej już nie będzie, bo ten gatunek żywi się szczegółami, które autor zwykle czerpie od krewnych, przyjaciół, rówieśników bohatera. A oni już powoli odchodzą... Złote czasy polskiego boksu to kilka lat przed II wojną światową i jakieś 30 lat PRL-u. Niejeden raz czytałem o wybitnych sportowcach tamtych dni w znakomitych książkach autorstwa Bohdana Tomaszewskiego, Jerzego Zmarzlika, Tadeusza Olszańskiego. Pozycje te najczęściej miały charakter reportaży, skupiały się najważniejszych lub najbardziej dramatycznych wydarzeniach w życiu sportowca. Opowieści całościowe, "od komórki jajowej do grobu", wnikliwe dziennikarstwo pełne drobiazgów z życia rodziny, anegdot i analiz to czasy już bardziej współczesne, głównie XXI wiek.

"Pięści anioła" są taką właśnie nowoczesną biografią. Nie chodzi tu o literaturę, to książka napisana prosto, bezpośrednio, bezpretensjonalnie. Autor rozmawiał z najbliższą rodziną, znajomymi, przeczytał i obejrzał wszystko, co się dało. A przede wszystkim dał się polubić, bo udostępniono mu dziesiątki świetnych niuansów, historyjek z życia mistrza, które tak naprawdę "robią" tę książkę. Fantastyczna robota dziennikarska!

Zbigniew Pietrzykowski zdobył trzy medale olimpijskie, był cztery razy mistrzem Europy [przez długi czas to był absolutny rekord - przyp. red.] i jedenastokrotnie wygrał mistrzostwa Polski. To ostatnie osiągnięcie wyrównał dopiero Andrzej Rżany, ale każdy przyzna, że jest różnica między rywalizacją w Polsce w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, a przełomem XX i XXI wieku. Pietrzykowski odniósł 42 zwycięstwa w 44 meczach międzypaństwowych. Przegrał tylko dwa razy: z legendarnym i znacznie bardziej doświadczonym Laszlo Pappem oraz niezasłużenie, z Czechem Bedrzichem Koutnym. Co więcej, na drodze do olimpijskiego złota stawały mu legendy: Cassius Clay i wspomniany już Węgier Papp. W 1968 roku byłby z pewnością po raz kolejny jednym z głównych kandydatów do olimpijskiego złota, a Mistrzostwa Europy w 1961 roku w Belgradzie po prostu opuścił ze względu na naukę.

Tytuły zdobywał w wagach: lekkośredniej, średniej i półciężkiej. W lidze jednak wygrywał również w... ciężkiej (!) bijąc na przykład samego Lucjana Trelę, który był niższy od "Piskorza" o dziewięć centymetrów. Miał też na rozkładzie innego ciężkiego, trenera Andrzeja Gołoty - Tadeusza Branickiego. Z Polakami po prostu nie przegrywał. Zawodził czasem sam siebie, jak podczas olimpiady w Tokio, ale zasadniczo był jednym z najpewniejszych punktów w całej historii kadry Stamma - z każdego turnieju przywoził medal.

Co ciekawe, we wspomnianych wcześniej dawnych książkach szczególnie mocne miejsce zajmują nie sukcesy sportowe (choć oczywiście każdy pisze o walkach z Pappem czy dramatycznej potyczce z Clayem), lecz absolutnie osobna, wymagająca nadzwyczajnej siły charakteru postawa Pietrzykowskiego na ringu.

Nigdy nie było tak, żebym nie chciał wygrywać. Więcej, do zwycięstwa dążyłem wszelkimi siłami. Tak jednak robiłem w walkach z równorzędnym przeciwnikiem. Natomiast gdy naprzeciw mnie stawał słabszy bokser, sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Nadużywanie siły stawało się wtedy zaprzeczeniem idei sportu. Dlatego nigdy nie dążyłem do fizycznego zniszczenia słabszych przeciwników. Powodowało to konflikty w ringu z sędziami, którzy nakłaniali do energicznej walki, a nawet udzielali napomnień za unikanie boju. Kiedyś taka właśnie sędziowska interwencja, było to w Kaliszu podczas ligowego boju, stała się przyczyną zupełnie niepotrzebnego nokautu. Od tego momentu postanowiłem, że nigdy nie dam się wyprowadzić z równowagi [...].

Moją maksymą jest wygrać walkę przy najmniejszym wysiłku. Jeśli na zwycięstwo wystarczy tylko prawy prosty, to nie ma sensu stosować innych ciosów i akcji. Jeśli prowadzę przez dwie rundy wysoko na punkty, to nigdy nie szarpię się na nokaut w trzecim starciu. Co to daje? Samemu można nieoczekiwanie oberwać. Ostatecznie celem walki jest zwycięstwo, a niekoniecznie zwycięstwo przez KO.


Tadeusz Olszański, który w latach sześćdziesiątych kierował działem sportowym w redakcji "Sztandaru Młodych" powiedział:

Kazus Pietrzykowskiego sprawił, że Polska stała się prekursorem ruchu fair play na skalę międzynarodową. Publiczność, która uwielbiała, jak Pietrzykowski niszczył przeciwników, zaczynała wyrażać swoją dezaprobatę w momencie, gdy idol oszczędzał rywala. Wówczas kibice zaczynali zagrzewać do boju oponenta, żeby ten zaatakował bielszczanina, a wtedy podrażniony gwiazdor ruszy z impetem i wygra przez efektowny nokaut. Wtedy rozlegały się okrzyki "bij mistrza", które były czymś niedobrym, bo stanowiły jeden z pierwszych objawów zdziczenia widowni. W redakcji "Sztandaru Młodych" postanowiliśmy się temu przeciwstawić i wymyślić coś w rodzaju wyboru najbardziej dżentelmeńskiego sportowca roku. I tak w 1963 roku Zbyszek Pietrzykowski został pierwszym laureatem z tytułem "dżentelmena ringu", a Polska wyprzedziła UNESCO, które dopiero rok później uruchomiło nagrodę fair pla [...]

Swego czasu rozmawiałem ze Zbyszkiem na ten temat i odpowiedział mi pytaniem: "Czy pan sobie wyobraża, jaką krzywdę zrobiłbym jego matce? Jak ona by to przeżywała? Po prostu pewnego dnia moja mama powiedziała mi: "Nie rób tego". Słuchanie tych słów było dla mnie czymś bardzo ujmującym.




Nie mam wątpliwości, że oprócz cech osobowych Pietrzykowskiego, na szacunek w grupie pięściarzy Stamma zapracował sobie nie tylko wybitną klasą sportową, ale też szanowaniem każdego rywala.

"Piskorz" stoczył 350 walk, z których zaledwie 14 przegrał. Mimo dżentelmeńskiej, wyczulonej na los przeciwnika postawy miał na swoim koncie 220 nokautów, w 3-rundowych amatorskich walkach (!), można więc sobie wyobrazić, jak groźną bronią dysponował. Przy całym swym zaawansowaniu technicznym i umiejętności czytania walki, Pietrzykowski był klasycznym counterpuncherem, z nie do końca wykorzystanym potencjałem, bo na drodze do jeszcze większych osiągnięć na drodze stały... jego masywne nogi i niechęć do treningu biegowego, co przekładało się na niewybitną kondycję i być może kosztowało go złoto w walce z Cassiusem Clayem.




Cassius Clay w rodzinnym Louisville ze złotym medalem na szyi - wtedy jeszcze go miał


À propos Amerykanina, w wywiadzie z Przemysławem Osiakiem dla Przeglądu Sportowego (dla którego od lat pisze również Błażyński), autor wspomina o tym, że Clay-Ali i nasz "Ziggy" darzyli się nawzajem sympatią, spotkali się jeszcze w Wielkiej Brytanii i we Włoszech. Za pierwszym razem „Największy” dosłownie ozłocił naszego mistrza i dzięki temu Pietrzykowski zyskał sporą część pieniędzy na wybudowanie wymarzonego domu. W 1979 roku z inicjatywy Alego zaproszono naszego pięściarza na festiwal filmów sportowych do Saint-Vincent. Mistrz świata zawodowców chciał wtedy nawet stoczyć walkę z Polakiem, to miała być trzyminutowa „pokazówka”. Do pojedynku nie doszło, bo Pietrzykowski już od ponad dekady nie był czynnym zawodnikiem.

W 1980 niespodziankę Alemu zrobiła amerykańska telewizja.



Najważniejsza w książce Błażyńskiego jest "wartość dodana" - informacje, których próżno by szukać w dawniejszych tekstach. Opowieść o rodzinie, dzieciństwie mistrza, jego losy po zakończeniu kariery (nad którym ubolewała cała Polska), niuanse ze zwykłego życia - wyjazdów, życia w ciekawych czasach PRL i typowo bokserskich przygód. Dowiemy się, jak radził sobie z zaczepkami, licznymi kibicami, którzy chcieli koniecznie napić się z mistrzem w knajpie. Przeczytamy o trudnym życiu klubowego trenera i o inicjatywach poselskich byłej legendy boksu.



W którymś z filmów Pietrzykowski mówi, że podniesienie poziomu życia bardzo utrudnia uprawianie boksu i wielu dyscyplin sportowych w ogóle. Trudno o lepszą diagnozę faktycznej zapaści sportów podwórkowych i "szermierki na pięści" w naszym kraju.





Podniosły wstęp do książki napisał Daniel Olbrychski, a kończy ją długi wykaz medali, odznaczeń i ważniejszych walk mistrza.

Autor nie boi się trudnych tematów, napisał "Skok do piekła" książkę o Wojciechu Fortunie, świetny temat, ale niełatwy. Teraz jego bohaterem był bokser bez skazy - wybitny, podziwiany, szanowany. Można było z tego zrobić nudną historię, jednak otrzymaliśmy bardzo wartościowy portret dumnego, silnego człowieka, prawdziwego wzoru dla młodzieży. "Pięści anioła" to skarb. Polecam.



Pięści anioła. Walka o złoto Zbigniewa Pietrzykowskiego.
Autor: Leszek Błażyński
Wydawca: Axel Springer Polska
Rok wydania: 2020 Warszawa - premiera 17 czerwca.




W recenzji wykorzystałem wypowiedź Tadeusza Olszańskiego z felietonu Artura Gaca dla Dziennika Polskiego 24 i kilka zdań z wywiadu Przemysława Osiaka z autorem książki dla Przeglądu Sportowego

Marek Cudek jest nieaktywny   Odpowiedź z Cytatem