View Single Post

stare 10-05-19, 09:07   #1 (permalink)
Dariusz Chmielarski
Felietonista
1st Place Winner (TOTM)  
 
Zarejestrowany: Oct 2014
Postów: 1444
Nominowany 246 razy w 59 Tematach
Nominated Art. Miesiąca - Nagród: 17
Domyślnie Czas Meksykanów


W ubiegłą sobotę (a właściwie w niedzielę rano naszego czasu) stanąłem przed wyborem, którą z dwóch gal boksu równocześnie transmitowanych przez dwa kanały Polsatu oglądać uważnie, a na którą jedynie zezować od czasu do czasu. W grę wchodziły gala w Las Vegas z pojedynkiem wieczoru Saul Alvarez vs Daniel Jacobs w średniej (prawdopodobnie walka roku 2019 pod względem kasowym) i gala w kalifornijskim Stockton z main eventem w postaci starcia Artura Beterbijewa z Radivoje Kalajdziciem o pas IBF w półciężkiej. Zdecydowałem się na Stockton, ponieważ przebieg i wynik walki Canelo z Jacobsem były łatwe do przewidzenia, co pozbawiało ją elementu emocji. Po obejrzeniu mało ciekawej i jednostronnej walki pomiędzy Jerwinem Ancajasem i Ryuichim Funaim o tytuł IBF w super muszej sądziłem, iż w Stockton przyszedł czas na pojedynek wieczoru, lecz byłem w błędzie. W ringu pojawił się najpierw brazylijski kryptobum Eduardo Pereira dos Reis, a potem przy olbrzymim aplauzie 10-tysięcznej publiczności Gabriel Flores Junior, utalentowany miejscowy 19-latek. Zaplanowana na 6 rund walka w kategorii lekkiej była początkowo nudna i urozmaicało ją jedynie nagradzane rzęsistymi oklaskami pajacowanie młodego faworyta. Wreszcie w 3 rundzie Flores celnie trafił i znokautował Brazylijczyka. To był koniec walki i koniec gali dla ogromnej większości widzów. Zgotowali owację swojemu ziomalowi i wyszli, kompletnie ignorując ostatnią walkę o mistrzostwo świata w półciężkiej. Na amerykańskich galach takie zachowania publiczności miały miejsce już wcześniej. Nie w Nowym Jorku i nie w Chicago, ale w Stanach, które kiedyś nazywano Dzikim Zachodem. Pamiętam, jak w 2017 przy pustych trybunach ogromnej hali Alamodome w San Antonio walczyli o pas WBA w cruiser i awans do półfinału WBSS Yunier Dorticos i Dmitrij Kudriaszow. Jednak wówczas zignorowani zostali Rosjanin i Kubańczyk, a tym razem obok Beterbijewa (już chyba Kanadyjczyka) reprezentant USA Kalajdzić.

Są kibice i są kibole, choć granica pomiędzy jednymi i drugimi jest tak płynna, jak pomiędzy patriotyzmem, nacjonalizmem i szowinizmem, czyli trzema odcieniami tego samego zjawiska. Myślę, że za kibica można uznać kogoś, kto interesuje się daną dyscypliną sportową jako całością, lubi ją oglądać oraz chce i potrafi obiektywnie ocenić występy sportowców, choć oczywiście sympatyzuje ze swoimi rodakami lub innymi zawodnikami, których z jakichś powodów lubi bardziej od pozostałych. Kibol na ogół wiedzę o danym sporcie ma powierzchowną, reguł nie zna lub ma je w „dużym poważaniu”, a interesuje go przede wszystkim wynik. Ma być korzystny dla jego idola lub ukochanej drużyny, przy czym nieistotne jest, czy zwycięstwo zostanie odniesione zgodnie z zasadami fair play, czy też nie. Poziom sportowy widowiska nie ma dla niego znaczenia, a rywalizacja, w której nie biorą udziału jego ulubieńcy w ogóle go nie interesuje.


Procentowy udział kibiców i kiboli wśród widzów śledzących imprezy sportowe mocno się różni w zależności od dyscypliny. Nie dysponuję żadnymi statystykami, których zresztą chyba nikt i nigdzie nie prowadzi. Sądzę jednak, że bardzo niski odsetek kiboli jest wśród pasjonatów tenisa i nie wyobrażam sobie sytuacji, w której widownia opuszcza masowo korty z tego powodu, że rywalizować nie będzie żaden z „naszych”, tylko jakiś tam Szwajcar z jakimś tam Serbem, czyli Roger Federer z Novakiem Djokoviciem. W boksie zapewne różnie to wygląda w różnych krajach, chociaż uważam, że nie mają tu znaczenia żadne cechy narodowe, a jedynie często spotykana w różnych dziedzinach życia sprzeczność pomiędzy ilością, a jakością. Myślę, że w Polsce odsetek kiboli boksu bardzo spadł od czasów, gdy na galach KP ku uciesze gawiedzi Tomasz Bonin i spółka seryjnie nokautowali jakichś przypadkowych nieboraków udających bokserów. Jednak tam, gdzie boks cieszy się dziś największą popularnością, czyli w Wielkiej Brytanii, a jeszcze bardziej w Meksyku i południowo-zachodniej meksykańskiej części USA górą są kibole. Chcą oglądać „swoich” bokserów i ich zwycięstwa, a obcych wcale lub co najwyżej w roli „chłopców do bicia”. Kibol płaci (bilet wstępu lub PPV) i kibol wymaga, żeby mu pokazać to, czego sobie życzy. Dlatego na ostatniej gali w Las Vegas walkę Canelo z Jacobsem poprzedzały średnio ciekawe występy pięściarzy USA w większości meksykańskiego pochodzenia, podczas gdy John Ryder z Bilalem Akkawym walczyli do upadłego o pas interim WBA w super średniej przy pustych trybunach na samym początku imprezy. Dlatego na najgłębszym undercardzie innych amerykańskich gal boksują artyści ringu z Kazachstanu i Uzbekistanu, w tym mistrzowie olimpijscy i mistrzowie świata amatorów. Efektownie wygrywają, ale mają nikłe szanse na wielkie walki i wielkie pieniądze. One są z góry zarezerwowane dla wątpliwej (a na pewno rzetelnie nie sprawdzonej) jakości małoletnich gwiazdek w rodzaju Gabriela Floresa lub Ryana Garcii. Ci chłopcy niebawem dostaną title shota w 15-20 zawodowej walce i na pewno ją wygrają, niezależnie od tego, co się będzie działo w ringu. Są prowadzeni na wzór Canelo Alvareza i jeżeli starczy im zapału i talentu, to zapewne podążą przetartą przez niego ścieżką kariery.

W USA blisko 40 mln obywateli z meksykańskimi korzeniami zamieszkuje głównie południowo-zachodnie stany od Kalifornii po Texas. Ilu Meksykanów przebywa w USA nielegalnie, tego chyba nie wie nawet sam prezydent Trump. Do tego dochodzi ponad 125 mln ludzi po drugiej stronie Rio Grande i aktualnie stawianego muru. Wobec spadku zainteresowanie boksem w innych rejonach świata i innych grupach etnicznych w USA (np. wśród Afroamerykanów) meksykańscy sympatycy boksu stanowią rzeszę nie tylko potężną ilościowo, ale także na tyle silną finansowo, że promotorzy, federacje i telewizje muszą spełniać ich zachcianki. Oczywiście przekłada się to też na ogromną ilość Meksykanów uprawiających boks, wśród których można znaleźć nie tylko wątpliwe i przereklamowane, ale także autentyczne wielkie bokserskie talenty. Czy nam się to podoba, czy nie, meksykańska dominacja w zawodowym boksie na naszych oczach staje się faktem ze wszystkimi tego stanu konsekwencjami. Przy całej sympatii dla Meksyku uważam, że niestety ze szkodą dla tego pięknego sportu.

Dariusz Chmielarski jest nieaktywny   Odpowiedź z Cytatem