View Single Post

stare 08-01-19, 18:09   #1 (permalink)
Dariusz Chmielarski
Felietonista
Zobacz Sonde  
 
Zarejestrowany: Oct 2014
Postów: 1012
Nominowany 206 razy w 51 Tematach
Nominated Art. Miesiąca - Nagród: 12
Domyślnie Ptak dodo i polska szkoła boksu


Czy słyszeliście o ptaku dodo? To taki duży nielot, który żył na Mauritiusie i został wytępiony na przełomie XVII i XVIII wieku. Zachowały się liczne relacje na jego temat i w niektórych językach jego nazwa stała się synonimem wymierania. „Dead as dodo” po angielsku oznacza coś definitywnie i bezpowrotnie utraconego. Jak dokładnie wyglądał dodo i kiedy ostatecznie wyginął, to już jednak nigdy pewne nie było i dalej nie jest. Zachowały się bowiem w muzeach przyrodniczych tylko jego fragmentaryczne szczątki, a to kawałek dzioba, a to lewa łapa itd. Są też rysunki dodo wykonane przez dawnych marynarzy. Na jednych jest bardziej podobny do kaczki, na innych do strusia. W dodatku część opisów dodo z dużym prawdopodobieństwem dotyczy innego pokrewnego gatunku ptaka, chruścielowca rdzawego, który wyginął trochę później. W tej sytuacji nie tylko nie ma pewności np. co do koloru upierzenia dodo i jego pożywienia, ale niektórzy biolodzy w ogóle powątpiewali w jego istnienie do czasu odnalezienia kopalnych szkieletów. Podobnie, jak z ptakiem dodo jest z polską szkołą boksu. Wszyscy o niej słyszeliśmy, więc na pewno istniała. Jednak czym się charakteryzowała i jak długo przetrwała, to już temat sporny, na który pojawiło się wiele przekłamań i półprawd. Ja też nie uzurpuję sobie monopolu na jedyną rację. Poniżej przedstawiam jedynie swój pogląd i traktuję go jako punkt wyjścia do interesującej dyskusji.

Jako pewnik można przyjąć jedynie, że twórcą tzw. polskiej szkoły boksu był Feliks Stamm, trener bokserskiej reprezentacji Polski w latach 1936-1968 (był konsultantem reprezentacji do roku 1971). Najlepiej więc oddać mu głos na ten temat, czyli zacytować. Najpierw cytat z początków kariery trenerskiej:

„- angielski system narzuca za sztywne reguły, a moim zdaniem każdy powinien boksować zależnie od swoich predyspozycji i temperamentu.”

A teraz taki z jej okresu końcowego:

- W szkoleniu pięściarzy i podczas sekundowania im nigdy nie stosowałem szablonu. Dążyłem do tego by każdy z nich dysponował własnym, niepowtarzalnym, ale odpowiednim dla siebie stylem rozgrywania walki. Ta indywidualność każdego pięściarza jest niesłychanie ważna dla drużyny. Jeżeli zawodnicy walczą podobnie do siebie, to jakby z góry odkrywają karty. Mówiło się o polskiej szkole boksu, ale przecież inny styl reprezentowali Pietrzykowski, Walasek, Kulej, Kasprzyk, Kruża, a jeszcze inny Drogosz, Grudzień, Paździor, Stefaniuk.

I jeszcze jeden:

„- Dla sekundanta niezwykle ważne są informacje o przeciwnikach jego pięściarzy. Mam na myśli nie tylko styl walki, ale i sposób przygotowania się do pojedynku. Częste kontakty międzynarodowe umożliwiały mi poznanie czołowych zawodników w poszczególnych kategoriach.


A więc w skrócie szkoła boksu Stamma to:

- po pierwsze odrzucenie schematów i indywidualne podejście do każdego boksera
- po drugie i najważniejsze różnorodność i wielostylowość
- po trzecie taktyka opracowywana na podstawie posiadanych informacji o przeciwnikach (jakże trudne musiało być ich pozyskiwanie w porównaniu z czasami obecnymi)
- po czwarte (o czym nie wspomniał Stamm, ale wielokrotnie wspominali jego podopieczni) ciepłe, wręcz ojcowskie podejście do trenowanych zawodników, których często wyciągał z przeróżnych życiowych tarapatów

I to by było na tyle.

Jak to? A co z lewym prostym? Co z szermierką na pięści? Co z prymatem techniki nad siłą? Co z tym wszystkim, co wielokrotnie czytaliśmy i słyszeliśmy na temat polskiej szkoły boksu? Proszę o cierpliwość. Dojdziemy do tego. Na razie jednak chcę przedstawić dowód nie do podważenia na potwierdzenie tezy, że kluczowym elementem warsztatu trenerskiego Stamma była różnorodność. Ten dowód to sylwetki 3 polskich mistrzów olimpijskich z Tokio 1964, miejsca największego triumfu polskiego boksu w historii (był jeszcze 1 medal srebrny i 3 brązowe).

W wadze lekkiej mistrzem olimpijskim został Józef Grudzień, klasyczny bokser dystansowy perfekcyjnie posługujący się ciosami prostymi. Był pięściarzem boksującym bardzo elegancko, a jednocześnie skutecznie, dysponującym także doskonałą pracą nóg. Grudzień nie słynął ze szczególnie mocnego ciosu, aczkolwiek waty w pięściach nie miał i zdarzało się, że skumulowana siła jego wielu celnych trafień rzucała przeciwników na deski.

Złoty medal w lekkopółśredniej wywalczył Jerzy Kulej, chyba najwybitniejszy polski bokser w dziejach. Kulej był krępy, niewysoki na swoją wagę i bardzo silny fizycznie. Miał inklinacje do półdystansu oraz wywierania presji i można go uznać za umiarkowanego swarmera. Oczywiście dysponował techniką pozwalającą mu na dokładne przygotowanie akcji z dystansu, po czym dopiero następowało wejście do półdystansu i długa seria niesłychanie szybkich ciosów sierpowych i podbródkowych. Z tego powodu Kuleja nazywano „maszynką do bicia”. Bardzo często kończył swe walki przed czasem, sam natomiast słynął z niebywałej odporności i nigdy w swej długiej karierze nie wylądował na deskach.

Niespodziewany triumfator wagi półśredniej Marian Kasprzyk był pięściarzem obdarzonym prawdziwą petardą w pięściach. Jerzy Kulej, który stoczył 348 walk, twierdził, że nigdy nie spotkał boksera bijącego mocniej od niego. Kasprzyk miał bardzo dobrą pracę nóg, ale częściej i chętniej, niż ciosami prostymi posługiwał się obszernymi zamachowymi sierpowymi. Zgodnie z dzisiejszym nazewnictwem zawodowego boksu był ewidentnym sluggerem. Przed olimpiadą w Tokio został wyciągnięty przez Stamma z więzienia, gdzie odsiadywał wyrok za pobicie milicjanta. W ostatniej chwili zastąpił w reprezentacji trzykrotnego mistrza Europy, słynnego ze zjawiskowej techniki „Czarodzieja ringów” Leszka Drogosza.

Teza o polskiej szkole boksu jako szermierce na pięści opartej o technikę górującą nad siłą zapewne nigdy z ust Feliksa Stamma nie padła, lecz została wymyślona przez dziennikarzy sportowych. Faktem jest natomiast, że w tym właśnie kierunku polski boks skręcił za kadencji następcy Stamma, Michała Szczepana, który z przerwami prowadził reprezentację przez kolejnych 10-11 lat aż do olimpiady w Moskwie 1980. To właśnie wtedy zdecydowanie preferowani byli w niej bokserzy dystansowi, techniczni i zazwyczaj niezbyt silni fizycznie kosztem różnej maści osiłków i zawadiaków. Nie chcę bynajmniej dyskredytować osiągnięć trenera Szczepana, zasłużonego szkoleniowca, za którego kadencji Polska wywalczyła 2 ostatnie złote medale olimpijskie w boksie (Jan Szczepański w 1972 i Jerzy Rybicki w 1976). Chcę jedynie podkreślić, że wbrew temu, co wielokrotnie słyszeliśmy w telewizji, polskie szkoły boksu Feliksa Stamma i Michała Szczepana dość mocno się od siebie różniły.

Na początku lat 80. władze AIBA zapoczątkowały serię zmian (kaski, „maszynki” do sędziowania, większe rękawice), które stopniowo zmieniły boks amatorski w dyscyplinę sportową rażąco odbiegającą od pierwowzoru. Co ciekawe i istotne, polscy działacze bokserscy, trenerzy i dziennikarze sportowi werbalnie bardzo te inicjatywy popierali. Argumentowano, że są one na rękę pięściarzom technicznym (czyli w domyśle np. naszym), natomiast stracą bokserzy siłowi. Życie pokazało, jak chybiona to była kalkulacja. Na zmianach zyskali przede wszystkim obdarzeni wrodzoną fantastyczną koordynacją ruchową czarnoskórzy bokserzy z USA i Kuby (choć Kubańczycy i przed zmianami stali bardzo dobrze). Stracił cały boks europejski, a Polska chyba w większym stopniu, niż np. ZSRR lub NRD.

Po Michale Szczepanie stery w bokserskiej reprezentacji Polski przejęli kolejno Czesław Ptak i Andrzej Gmitruk. Pierwszy z nich był raczej kontynuatorem linii Michała Szczepana, drugi natomiast przypominał pod pewnymi względami Feliksa Stamma. Był ostatnim trenerem olimpijskiego boksu, za którego czasów można było mówić o reprezentacji Polski w boksie, a nie o jej pojedynczych reprezentantach. Na olimpiadzie w Seulu w 1988 polscy bokserzy zdobyli 4 brązowe medale. Z perspektywy lat ten właśnie umiarkowany sukces należy chyba uznać za moment, w którym polska szkoła boksu definitywnie odeszła w przeszłość, jak ptak dodo. Przynajmniej jeśli chodzi o boks olimpijski.

Czy niedawno zmarły Andrzej Gmitruk przeszczepił coś z polskiej szkoły boksu na grunt pięściarstwa zawodowego i tym samym przedłużył jej istnienie o kolejnych 30 lat? To pytanie retoryczne, ale chyba można i należy twierdzić, że tak właśnie było. Piękne legendy też są nam potrzebne.


Zdjęcia: Zbigniew Makuszewski/PAP

Dariusz Chmielarski jest nieaktywny   Odpowiedź z Cytatem
Konkurs: Artykuł Miesiąca January, 2019   Zobacz SondeZobacz Sonde   Zobacz 3 Najlepsze NagrodyZobacz 3 Najlepsze Nagrody
Nominated Poniżsi 5 użytkownicy nominowało ten Temat:  
Andrzej Pastuszek  (10-01-19), heatbeat  (14-01-19), Krystian Sander  (08-01-19), LegiaPany  (09-01-19), Marek Cudek  (08-01-19)